poniedziałek, 20 lutego 2012

Po raz pierwszy...

 Nigdy nie obchodziłam Walentynek. Nie, żeby coś się zmieniło, ale pierwszy raz, w tym dniu zrobiłam jakiś krok, żeby pokazać osobie, na której tak bardzo mi zależy, że jest ktoś, kto o niej myśli, kto cieszy się, że ona jest.
 Nie wiem co mi odbiło, naprawdę ciężko mi ocenić co mną wtedy kierowało... Wyszłam ze szkoły. Po drodze do domu spojrzałam na okno kwiaciarni, którą mijam codziennie, od 5 lat, ale ten jeden szczegół, tego dnia rzucał się w oczy szczególnie wyraźnie... "Poczta kwiatowa"... Mała naklejka na drzwiach wejściowych, a zapoczątkowała jedną, wielką myślową walkę w mojej głowie.
 "Wyślę mu kwiatka... Nie.. porąbało mnie, chłopakowi? kwiatka?.... A co tam? To ma być symbol... Boże, głupia jestem... co mi to da?.... Zrobi mu się miło!... A może narobię mu siary?... Zrobię to! Raz kozie śmierć! Jest dla mnie zbyt ważny, on musi wiedzieć o tym, że jest gdzieś osoba, która o nim myśli i zrobiła by wszystko, żeby uśmiech z jego twarzy nie znikał..."..... Weszłam. Kupiłam tulipana i dołączyłam bilecik z napisem "Dziękuję, że jesteś". Chciałam napisać coś więcej, ale wstydziłam się tak obnażać swoje uczucia przed kwiaciarką, która pisała tekst na bileciku (co było zabezpieczeniem przed rozpoznaniem mnie po charakterze pisma). Wysłałam... Nie wyobrażacie sobie jaka byłam szczęśliwa! Mimo, iż wiedziałam, że sama nic nie dostanę, to co zrobiłam sprawiło, że czułam się tak jakby spotkało mnie coś wyjątkowego! Myślałam o tym jaka będzie jego mina, jak on się poczuje, gdy dostanie tego kwiatka...
 Wieczorem oczywiście zaczęło się dochodzenie. Jego przyjaciółka pytała się mnie o to, czy to nie ja jestem adresatką. Wyparłam się tego ( mam nadzieję, że umiejętnie). Na razie... Kiedyś się mu przyznam, ale nie teraz.
 Słuchajcie... Nie wiem ile razy w życiu jeszcze się zakocham, czy to co teraz czuję jest czymś poważnym czy tylko kolejną miłostką, która po jakimś czasie mi przejdzie, nic nie wiem co będzie dalej, czy moje uczucia zostaną odwzajemnione czy nie, ale jedno wiem. Mimo wszelakich stanów otępienia, w jakie czasem popadam, jestem szczęśliwa, a każdy gest radości, pomocy kierowany ode mnie w jego stronę sprawia, że to moje szczęście rośnie! Mówcie co chcecie, ja wiem, że nieodwzajemniona miłość też potrafi nieść radość. Warunkiem jest tylko bliskość ukochanej osoby. Przyjacielska bliskość i poczucie, że Ci ufa, że liczy się z Twoim zdanie, docenia Ciebie i to co robisz.
  Dlaczego więc skoro to wszystko docenia, nie kocha? Tego nie wiem, naprawdę nie wiem... Ale na razie nie jest to istotne, cieszę się z tego co jest obecnie;))