Ciężko mi jest określić stan, który trzyma mnie od kilku dni... To dziwne wmawianie sobie, że jest beznadziejnie, chociaż tak naprawdę nie wiadomo jak jest i właśnie ta niepewność na czym stoję czego się mogę spodziewać, jak odbierać różne sytuacje i gesty, a równocześnie nieśmiałość oraz strach, które blokują mnie przed zrobieniem jakiegokolwiek kroku...
Akurat tak się składa, że moi przyjaciele mają też swoje problemy dlatego kiedy skupiam się na ich smutkach jest mi łatwiej. Myślę o tym jak mam im pomóc, mam na uwadze to, że sama muszę tryskać optymizmem, żeby ich pocieszyć. To wszystko przykrywa mi moje problemy. Lecz gdy zostaję sama, sama tak totalnie, kiedy wracam do domu, wchodzę do swojego pokoju, kładę się na łóżko i zatapiam się w swoich myślach... Wtedy jest mi ciężko. Mam ochotę płakać do poduszki, płakać, płakać i jeszcze raz płakać... Cały dzień dzisiaj przeleżałam w łóżku, do tej pory czekałam, sama nie wiem na co... Warszawiak wrócił z weekendowej podróży, bez zastanowienia napisałam, ale był zmęczony, tylko tyle napisał i nasza rozmowa się skończyła...
A wiecie co też boli? Nie wiem jak wy, ale ja mam tak, że na co dzień dźwięk otrzymanych smsów w moim telefonie się nie urywa, a w dniach kiedy tego sms'a rzeczywiście potrzebuję to otrzymuję ciszę, nędzną ciszę... nawet głupiego "co słychać?" od przyjaciółki...
Nie wiem co chcę dalej pisać, jakoś nie potrafię się do końca skupić, plączę się w różnych wątkach... wybaczcie i pozwólcie, że pójdę dalej w samotności kontemplować....
niedziela, 18 grudnia 2011
piątek, 2 grudnia 2011
Dziwna sprawa....
Wierzycie w miłość od pierwszego wejrzenia? A przynajmniej w jakieś błyskawiczne zauroczenie, zafascynowanie drugą osobą... Wiem, może za dużo tego typu wątków na moim blogu, ale co ja na to poradzę, że tyle myśli w związku z tym wije się w mojej głowie.... Może to taki wiek, może jestem dziwna, a może po prostu odczuwam pewien brak, pewną tęsknotę, która domaga się zaspokojenia....
Warszawiaka poznałam w dość nietypowych okolicznościach. Jest znajomym jednej z moich przyjaciółek, Szefowej. A właściwie przyjacielem jej młodszej siostry. W październiku miał wypadek na motocyklu. Trafił do szpitala, do miasta oddalonego od naszego o ok.40 km.
Była jesień. Jednego z tych pięknych jesiennych dni miałam akurat jazdy na motocykl. Po ich skończeniu szkoda mi było tak po prostu wracać do domu, więc wybrałyśmy się z Szefową na przejażdżkę moim autem. Jeździłyśmy bez celu po ulicach miasta, gadałyśmy, kiedy Szefowa dostała smsa od Warszawiaka. Pisał, że strasznie mu się nudzi w tym szpitalu a zapytał czy nie przyjechała by go właśnie tego dnia odwiedzić, przywożąc mu przy okazji książki od jego brata. Szefowa wiedziała, że jakby miała jechać sama to nie dostałaby samochodu od rodziców, dlatego zgodziłam się ją tam zawieźć. Pojechałyśmy po książki, zrobiłyśmy małe zakupy spożywcze...
W końcu po wielu przygodach na drodze dojechałyśmy na miejsce. I wtedy właśnie go poznałam, od początku zrobił na mnie wrażenie, ale ciężko było mi się do tego przyznać, bo miałam wrażenie, że jest zauroczony Szefową. Ja sama nie potrafiłam się zachowywać normalnie, czułam się jak totalna kretynka. Kiedy wyszedł ze szpitala zagadałam parę razy na fejsie pytając jak się czuje, pare razy nawet nam się rozwinęła rozmowa. Wszystko głównie schodziło do naszej wspólnej pasji jaką są motocykle. Egzamin na kategorię A zdałam tego samego dnia co jego brat Pędziwiatr na B, zmówiłam się z Pędziwiatrem, że jak zdam to wpadnę do nich do bursy i będziemy opijać. Poszłam tam razem z Szefową i w sumie byłyśmy tylko chwilę, pochwaliłam się kartą egzaminacyjną, chwilę porozmawialiśmy i tyle. A może aż tyle, bo zobaczyłam Warszawiaka, tak ładnie się uśmiechnął.
Kolejny raz mieliśmy okazję spotkać się tydzień temu, kiedy razem z dziewczynami wracałyśmy z kina i skręciłyśmy na kawałek do jednego z pubów. początkowo znowu byłam spięta, miałam okazję z nim pogadać, ale nie wykorzystałam jej w 100 procentach.
Nie znam go dobrze, a mimo to trzy czwarte mojego dnia spędzam na rozmyślaniu o nim. Po tych nielicznych rozmowach z nim mam wrażenie, że jest tak bardzo nieprzeciętną osobą, wrażliwą, z wielkim sercem, a równocześnie szaloną. Nie boi się ryzyka i nie zniechęca niepowodzeniami. Dobrego nastawienia do życia też mu nie brakuje.
Czyżby ideał?
Warszawiaka poznałam w dość nietypowych okolicznościach. Jest znajomym jednej z moich przyjaciółek, Szefowej. A właściwie przyjacielem jej młodszej siostry. W październiku miał wypadek na motocyklu. Trafił do szpitala, do miasta oddalonego od naszego o ok.40 km.
Była jesień. Jednego z tych pięknych jesiennych dni miałam akurat jazdy na motocykl. Po ich skończeniu szkoda mi było tak po prostu wracać do domu, więc wybrałyśmy się z Szefową na przejażdżkę moim autem. Jeździłyśmy bez celu po ulicach miasta, gadałyśmy, kiedy Szefowa dostała smsa od Warszawiaka. Pisał, że strasznie mu się nudzi w tym szpitalu a zapytał czy nie przyjechała by go właśnie tego dnia odwiedzić, przywożąc mu przy okazji książki od jego brata. Szefowa wiedziała, że jakby miała jechać sama to nie dostałaby samochodu od rodziców, dlatego zgodziłam się ją tam zawieźć. Pojechałyśmy po książki, zrobiłyśmy małe zakupy spożywcze...
W końcu po wielu przygodach na drodze dojechałyśmy na miejsce. I wtedy właśnie go poznałam, od początku zrobił na mnie wrażenie, ale ciężko było mi się do tego przyznać, bo miałam wrażenie, że jest zauroczony Szefową. Ja sama nie potrafiłam się zachowywać normalnie, czułam się jak totalna kretynka. Kiedy wyszedł ze szpitala zagadałam parę razy na fejsie pytając jak się czuje, pare razy nawet nam się rozwinęła rozmowa. Wszystko głównie schodziło do naszej wspólnej pasji jaką są motocykle. Egzamin na kategorię A zdałam tego samego dnia co jego brat Pędziwiatr na B, zmówiłam się z Pędziwiatrem, że jak zdam to wpadnę do nich do bursy i będziemy opijać. Poszłam tam razem z Szefową i w sumie byłyśmy tylko chwilę, pochwaliłam się kartą egzaminacyjną, chwilę porozmawialiśmy i tyle. A może aż tyle, bo zobaczyłam Warszawiaka, tak ładnie się uśmiechnął.
Kolejny raz mieliśmy okazję spotkać się tydzień temu, kiedy razem z dziewczynami wracałyśmy z kina i skręciłyśmy na kawałek do jednego z pubów. początkowo znowu byłam spięta, miałam okazję z nim pogadać, ale nie wykorzystałam jej w 100 procentach.
Nie znam go dobrze, a mimo to trzy czwarte mojego dnia spędzam na rozmyślaniu o nim. Po tych nielicznych rozmowach z nim mam wrażenie, że jest tak bardzo nieprzeciętną osobą, wrażliwą, z wielkim sercem, a równocześnie szaloną. Nie boi się ryzyka i nie zniechęca niepowodzeniami. Dobrego nastawienia do życia też mu nie brakuje.
Czyżby ideał?
Subskrybuj:
Posty (Atom)