Ciężko mi jest określić stan, który trzyma mnie od kilku dni... To dziwne wmawianie sobie, że jest beznadziejnie, chociaż tak naprawdę nie wiadomo jak jest i właśnie ta niepewność na czym stoję czego się mogę spodziewać, jak odbierać różne sytuacje i gesty, a równocześnie nieśmiałość oraz strach, które blokują mnie przed zrobieniem jakiegokolwiek kroku...
Akurat tak się składa, że moi przyjaciele mają też swoje problemy dlatego kiedy skupiam się na ich smutkach jest mi łatwiej. Myślę o tym jak mam im pomóc, mam na uwadze to, że sama muszę tryskać optymizmem, żeby ich pocieszyć. To wszystko przykrywa mi moje problemy. Lecz gdy zostaję sama, sama tak totalnie, kiedy wracam do domu, wchodzę do swojego pokoju, kładę się na łóżko i zatapiam się w swoich myślach... Wtedy jest mi ciężko. Mam ochotę płakać do poduszki, płakać, płakać i jeszcze raz płakać... Cały dzień dzisiaj przeleżałam w łóżku, do tej pory czekałam, sama nie wiem na co... Warszawiak wrócił z weekendowej podróży, bez zastanowienia napisałam, ale był zmęczony, tylko tyle napisał i nasza rozmowa się skończyła...
A wiecie co też boli? Nie wiem jak wy, ale ja mam tak, że na co dzień dźwięk otrzymanych smsów w moim telefonie się nie urywa, a w dniach kiedy tego sms'a rzeczywiście potrzebuję to otrzymuję ciszę, nędzną ciszę... nawet głupiego "co słychać?" od przyjaciółki...
Nie wiem co chcę dalej pisać, jakoś nie potrafię się do końca skupić, plączę się w różnych wątkach... wybaczcie i pozwólcie, że pójdę dalej w samotności kontemplować....
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz