Czasami naprawdę zaczynam tracić wiarę w ludzi... Wszelakie moje światopoglądy, zdają się domagać wniesienia w nie poprawek. Moje wyobrażenie świata, życia, okazują się daleko odbiegające od rzeczywistości. Co jest nie tak? Ciągle coś mnie zaskakuje... żałuję tylko, że ostatnimi czasy zaskakuje mnie negatywnie...
Dostałam dziś niemiłą wiadomość na portalu nk. Zrozumiałabym jeśli ktoś by napisał mi wprost, że ma coś do mnie, że wg niego jestem taka czy owaka, że mnie nie lubi, ale ktoś pofatygował się do takiego stopnia, że założył specjalne konto. Nie jest dla mnie bólem sam fakt, że dostałam taką wiadomość, ale boli mnie to, że ktoś nie ma w sobie na tyle odwagi, żeby stanąć przede mną i powiedzieć mi co mysli na mój temat.
Jednak nie chcę, żeby taki drobny incydent zepsuł całą radość ze świąt, które w sumie są już od 25 min (wg mojego zegarka). Życzę wam wszystkim i każdemu z osobna, wiele radości, ciepła, miłości oraz doświadczalnego dobra w tych szczególnych Bożo Narodzeniowych dniach oraz w Nowym Roku. Abyście nie bali się być odważnymi!
czwartek, 23 grudnia 2010
środa, 1 grudnia 2010
Pomocnicy
Pare dni temu, pijąc herbatę znowu znalazłam bardzo ciekawy cytat: "Jeśli się nikogo o nic nie prosi, wszyscy wydają się być uczynni". Niedługo musiałam czekać na potwierdzenie tych słów. Przekonałam się, że często ludzie z pozoru aktywni społecznie, chętni do pracy i pomocy są tak naprawdę pierwszymi do odmówienia Ci pomocy, a ostatnimi do udzielenia jej. Ostatnio przeziębiłam się trochę, mama kazała mi iść do lekarza, ten umówił mnie na wtorek rano. A właśnie w ten wtorek nasza klasa miała dyżur modlitewny, ja miałam poprowadzić tą modlitwę. Nie chciałam po prostu sobie tego olać, zaczęłam szukać zastępstwa. Może to się wyda chore, ale nikt, totalnie nikt nie powiedział mi "Spokojnie, ja się tym zajmę". Rozumiem tych, którzy dojeżdżają, śniegi, zaspy, autobusy się spóźniają. Ale argument: "Ja późno wychodzę z domu i się spóźniam" wydał mi się co najmniej śmieszny. Raz w życiu można się poświęcić i wstać o te 10 minut wcześniej....
Dziwni są ludzie, naprawdę bardzo dziwni...
Dziwni są ludzie, naprawdę bardzo dziwni...
poniedziałek, 22 listopada 2010
Mój nieśmiertelny...
Dzisiaj umieszczam tłumaczenie piosenki My Immortal Evanescence. Miałam wczoraj zły dzień, nic mi nie wychodziło, chciałam napisać notatkę, ale jak na złość internet również zawalił. Gdy dzisiaj odzyskałam wiarę w ludzi, w swoje możliwości, gdy odwiedziłam na trochę Goodlandię i nabrałam nowych sił do dalszego działania, stwierdziłam, iż problemy techniczne zadziałały wczoraj niczym zapora przed wypisywaniem głupot. No bo taka prawda. Co by mi dało użalanie się nad sobą? Chyba tylko wykopało by tylko jeszcze większy dół w moim samopoczuciu. I tak wystarczająco dużo natrułam Jogurtowi i Śrubie. Teraz mi głupio, bo zachowałam się jak mięczak, a przecież jestem twarda!
Do mojego dzisiejszego humoru może piosenka ma się nijak, ale idealnie obrazuje dzień wczorajszy. Zresztą mam do niej wielki szacunek, jest mi bliska, uwielbiam ją!
Jestem tak zmęczona byciem tu
Zduszona przez wszystkie dziecięce lęki
Oddałabym własny oddech z mojej piersi
By oddać wszystkie rzeczy, których mój umysł nie mógł znieść
I jeżeli musisz odejść
Chciałabym, byś po prostu odszedł
Gdyż twoja obecność wciąż tu jest
I nie zostawi mnie w spokoju
Te rany wydają się nie zagoić
Ten ból jest zbyt prawdziwy
Jest tu po prostu za wiele, czego czas nie może wymazać
Gdybyś płakał otarłabym wszystkie twe łzy
Gdybyś krzyczał zwalczałabym wszystkie twe lęki
Trzymałam cię za rękę przez wszystkie te lata
Jednak wciąż posiadasz całą mnie
Zwykłeś oczarowywać mnie
Swoim niesamowitym światłem
Związana jestem teraz z życiem, które pozostawiłeś
Twoja twarz nawiedza
Moje jedyne przyjemne sny
Twój głos wypędził
Mój cały zdrowy rozsądek
Te rany wydają się nie zagoić
Ten ból jest zbyt prawdziwy
Jest tu po prostu za wiele, czego czas nie może wymazać
Gdybyś płakał otarłabym wszystkie twe łzy
Gdybyś krzyczał zwalczałabym wszystkie twe lęki
Trzymałam cię za rękę przez wszystkie te lata
Jednak wciąż posiadasz całą mnie
Tak bardzo chciałabym odejść i wyrwać się spod deszczu
Jednak nie potrafię cię opuścić
Tak bardzo chciałabym żyć bez stałego lęku i wątpliwości bez końca
Jednak nie potrafię żyć bez ciebie
Gdybyś płakał otarłabym wszystkie twe łzy
Gdybyś krzyczał zwalczałabym wszystkie twe lęki
Trzymałam cię za rękę przez wszystkie te lata
Jednak wciąż posiadasz całą mnie
Do mojego dzisiejszego humoru może piosenka ma się nijak, ale idealnie obrazuje dzień wczorajszy. Zresztą mam do niej wielki szacunek, jest mi bliska, uwielbiam ją!
Jestem tak zmęczona byciem tu
Zduszona przez wszystkie dziecięce lęki
Oddałabym własny oddech z mojej piersi
By oddać wszystkie rzeczy, których mój umysł nie mógł znieść
I jeżeli musisz odejść
Chciałabym, byś po prostu odszedł
Gdyż twoja obecność wciąż tu jest
I nie zostawi mnie w spokoju
Te rany wydają się nie zagoić
Ten ból jest zbyt prawdziwy
Jest tu po prostu za wiele, czego czas nie może wymazać
Gdybyś płakał otarłabym wszystkie twe łzy
Gdybyś krzyczał zwalczałabym wszystkie twe lęki
Trzymałam cię za rękę przez wszystkie te lata
Jednak wciąż posiadasz całą mnie
Zwykłeś oczarowywać mnie
Swoim niesamowitym światłem
Związana jestem teraz z życiem, które pozostawiłeś
Twoja twarz nawiedza
Moje jedyne przyjemne sny
Twój głos wypędził
Mój cały zdrowy rozsądek
Te rany wydają się nie zagoić
Ten ból jest zbyt prawdziwy
Jest tu po prostu za wiele, czego czas nie może wymazać
Gdybyś płakał otarłabym wszystkie twe łzy
Gdybyś krzyczał zwalczałabym wszystkie twe lęki
Trzymałam cię za rękę przez wszystkie te lata
Jednak wciąż posiadasz całą mnie
Tak bardzo chciałabym odejść i wyrwać się spod deszczu
Jednak nie potrafię cię opuścić
Tak bardzo chciałabym żyć bez stałego lęku i wątpliwości bez końca
Jednak nie potrafię żyć bez ciebie
Gdybyś płakał otarłabym wszystkie twe łzy
Gdybyś krzyczał zwalczałabym wszystkie twe lęki
Trzymałam cię za rękę przez wszystkie te lata
Jednak wciąż posiadasz całą mnie
poniedziałek, 15 listopada 2010
Uchwycić właściwy czas...
Moja babcia od kilku lat kupuje jeden rodzaj herbaty, ja jednak dopiero niedawno zauważyłam, że na każdym papierku od torebki jest napisany jakiś cytat. Tak mi się to spodobało, że zaczęłam kolekcjonować owe papierki. No i ostatnio natrafiłam na jeden, który szczególnie zwrócił moją uwagę: "Trudno uchwycić odpowiedni czas, lecz łatwo go przegapić."
Wiecie, co? Mimo, iż pewnie i tak nic z tym nie zrobię, pomyślałam sobie wtedy: "Powinnaś chyba w końcu zrobić jakiś konkretny krok, kobieto...". Zastanawiałam się ile dobrych okazji na zaproponowanie spotkania, na rozmowę z Aniołem przegapiłam... Ile razy trafiał się idealny moment na to, żeby zagadać, żeby coś razem zrobić, zorganizować, a ja go nie wykorzystałam... A do tego imię Anioła prześladuje mnie na każdym kroku! W księgarni, na ulicy, w podręczniku od historii, a nawet na wykładach podczas kursu prawa jazdy..... Och, gdybyście wiedzieli jaki on ma piękne imię.... jakie spojrzenie i jak bardzo zniewalający uśmiech... ciepłą, przyjemną i taką dodającą chęci do życia barwę głosu...Boję się stracić z nim jakikolwiek kontakt, mimo, iż i tak jest on ostatnio nikły... Każda rozmowa z nim dodaje mi sił... Cały czas mam jeszcze przed oczyma ten opisywany już wcześniej widok Anioła opartego o mur cmentarza, wpatrującego się we mnie z uśmiechem... A może zdawało mi się, że patrzył na mnie?
Co mam robić? Jak mogę pokonać swoje opory, swoje lęki i obawy? Mogło by to być łatwiejsze... Pomocy!!!
Wiecie, co? Mimo, iż pewnie i tak nic z tym nie zrobię, pomyślałam sobie wtedy: "Powinnaś chyba w końcu zrobić jakiś konkretny krok, kobieto...". Zastanawiałam się ile dobrych okazji na zaproponowanie spotkania, na rozmowę z Aniołem przegapiłam... Ile razy trafiał się idealny moment na to, żeby zagadać, żeby coś razem zrobić, zorganizować, a ja go nie wykorzystałam... A do tego imię Anioła prześladuje mnie na każdym kroku! W księgarni, na ulicy, w podręczniku od historii, a nawet na wykładach podczas kursu prawa jazdy..... Och, gdybyście wiedzieli jaki on ma piękne imię.... jakie spojrzenie i jak bardzo zniewalający uśmiech... ciepłą, przyjemną i taką dodającą chęci do życia barwę głosu...Boję się stracić z nim jakikolwiek kontakt, mimo, iż i tak jest on ostatnio nikły... Każda rozmowa z nim dodaje mi sił... Cały czas mam jeszcze przed oczyma ten opisywany już wcześniej widok Anioła opartego o mur cmentarza, wpatrującego się we mnie z uśmiechem... A może zdawało mi się, że patrzył na mnie?
Co mam robić? Jak mogę pokonać swoje opory, swoje lęki i obawy? Mogło by to być łatwiejsze... Pomocy!!!
piątek, 12 listopada 2010
"... zachowuję się jak trochę stuknięta..."
Wiecie co jest strasznym uczuciem? Kiedy ma się świadomość, że pomiędzy nami a tą bardzo ważną dla nas osobą nigdy nie będzie nic więcej prócz zwykłej znajomości, a kiedy chcemy zapomnieć, spróbować przekierować swoje uczucia na kogoś innego, to za nic nie możemy! Ta jedna, jedyna osoba siedzi nam najgłębiej w sercu i zawsze pojawia się wspomnienie o niej. Może wyda wam się to śmieszne, bo co osiemnastoletnia dziewczyna może wiedzieć o miłości? Zwłaszcza, że nigdy jej jeszcze nie doświadczyła? Nie wiem czy uczucie, jakim darzę Anioła jest prawdziwą miłością czy tylko przejściowym zauroczeniem... nie potrafię sobie jeszcze na to odpowiedzieć, w ogóle stwierdzam, że jest to naprawdę bardzo trudne...
Głupie gadu... przez taki komunikator ludzie poznają się tylko wirtualnie, a co z prawdziwym poznaniem siebie? To się wydaje takie fajne: "Boże, piszemy ze sobą bardzo często i dużo!" no i dobrze, ale jakby teraz ktoś się nas zapytał o różne zachowania, reakcje, miny, o prawdziwe oblicze tej osoby, co byśmy powiedzieli? Przykro mi, ale nie wiem, nigdy się nie umówiliśmy? To jest chore... kiedyś ludzie nie mieli internetu, gadu gadu i żyli, byli szczęśliwi, miłość była romantyczna i jak najbardziej widoczna, prawdziwa... nie dochodziło do tylu rozwodów... człowiek kochał drugiego człowieka za jego prawdziwe oblicze, a nie obraz, który utworzył sobie w głowie, po paru wysłanych wiadomościach...
Łatwo jest mówić i pouczać... sama nie potrafię wyjść z inicjatywą jakiegoś spotkania, jestem tchórzem. I prawdopodobnie taką postawą nigdy się nie dowiem co tak naprawdę czuł albo może nadal czuje do mnie Anioł. Będę żyła ze świadomością nieodwzajemnienia. Ta postawa może jeszcze nie raz zaprzepaści moje szanse na szczęście, ale na razie nie potrafię jej zmienić. Wierzę, że jeżeli jest gdzieś ktoś, kto jest mi pisany to sam się kiedyś niespodziewanie zjawi. Po za tym lata sobie na moim niebie wyjątkowo duża bańka, zawierająca właśnie tę wizję. Jeszcze się nie rozbiła, a skoro się nie rozbiła to jej zawartości nic nie grozi. Wydobędzie się na zewnątrz, kiedy przyjdzie na to odpowiednia pora... Tak właśnie będzie.... musi tak być...
Dobranoc.
Głupie gadu... przez taki komunikator ludzie poznają się tylko wirtualnie, a co z prawdziwym poznaniem siebie? To się wydaje takie fajne: "Boże, piszemy ze sobą bardzo często i dużo!" no i dobrze, ale jakby teraz ktoś się nas zapytał o różne zachowania, reakcje, miny, o prawdziwe oblicze tej osoby, co byśmy powiedzieli? Przykro mi, ale nie wiem, nigdy się nie umówiliśmy? To jest chore... kiedyś ludzie nie mieli internetu, gadu gadu i żyli, byli szczęśliwi, miłość była romantyczna i jak najbardziej widoczna, prawdziwa... nie dochodziło do tylu rozwodów... człowiek kochał drugiego człowieka za jego prawdziwe oblicze, a nie obraz, który utworzył sobie w głowie, po paru wysłanych wiadomościach...
Łatwo jest mówić i pouczać... sama nie potrafię wyjść z inicjatywą jakiegoś spotkania, jestem tchórzem. I prawdopodobnie taką postawą nigdy się nie dowiem co tak naprawdę czuł albo może nadal czuje do mnie Anioł. Będę żyła ze świadomością nieodwzajemnienia. Ta postawa może jeszcze nie raz zaprzepaści moje szanse na szczęście, ale na razie nie potrafię jej zmienić. Wierzę, że jeżeli jest gdzieś ktoś, kto jest mi pisany to sam się kiedyś niespodziewanie zjawi. Po za tym lata sobie na moim niebie wyjątkowo duża bańka, zawierająca właśnie tę wizję. Jeszcze się nie rozbiła, a skoro się nie rozbiła to jej zawartości nic nie grozi. Wydobędzie się na zewnątrz, kiedy przyjdzie na to odpowiednia pora... Tak właśnie będzie.... musi tak być...
Dobranoc.
niedziela, 31 października 2010
Latarka w lodówce?
Haha! Dzisiaj moja notatka będzie krótka, weszłam na chwilę, aby podzielić się z wami nieoczekiwanym incydentem.
Już mówię o co chodzi. Otóż, przyjęchałam do domu na Wszystkich Świętych. Dzisiaj niedziela, z racji tego mieliśmy rodzinny, wykwintny obiad. Mama wysłała mnie po coś do lodówki. Jakże wielkie było moje zdziwienie, gdy pierwszą rzeczą jaką ujrzałam po jej otwarciu była latarka...
- Mamo! Co robi latarka w lodówce? - krzyknęłam.
- Latarka? Noo... może przez przypadek włożyłam.
hahahahahahahaha! Mrożona latarka, prosto z lodówki, tego jeszcze nie było!xD Kocham Cię mamo!
Tymczasem uciekam, życzę wszystkim dobrej nocy i rodzinnie spędzonego jutrzejszego święta;)
Już mówię o co chodzi. Otóż, przyjęchałam do domu na Wszystkich Świętych. Dzisiaj niedziela, z racji tego mieliśmy rodzinny, wykwintny obiad. Mama wysłała mnie po coś do lodówki. Jakże wielkie było moje zdziwienie, gdy pierwszą rzeczą jaką ujrzałam po jej otwarciu była latarka...
- Mamo! Co robi latarka w lodówce? - krzyknęłam.
- Latarka? Noo... może przez przypadek włożyłam.
hahahahahahahaha! Mrożona latarka, prosto z lodówki, tego jeszcze nie było!xD Kocham Cię mamo!
Tymczasem uciekam, życzę wszystkim dobrej nocy i rodzinnie spędzonego jutrzejszego święta;)
piątek, 29 października 2010
Pietruszka naciowa kędzierzawa
Pietruszka jest moją przyjaciółką. Jest ode mnie o rok młodsza, jednak różnicy wiekowej nie widać. Jest z pozoru zwyczajną dziewczyną. Z pozoru. Tak naprawdę jest totalnie niezwykła! Wrażliwa, pełna wiary w uczucia, w ludzi, ma dobry wpływ na innych, jest baaardzo ambitna i pracowita. Podobnie jak ja śpiewa, gra na gitarze, często nie ogarnia, jest wesoła, spontaniczna, zwariowana, ma mnóstwo ciekawych pomysłów, poczucia humoru. Jest niezawodna! Wierzy we mnie kiedy ja przestaję, kiedy chcę się poddać. Wspiera mnie, zawsze wysłucha, mam do niej pełne zaufanie i wiem, że zawsze mogę na nią liczyć. Słucha cierpliwie wszystkiego czym ją zadręczam, radzi, pociesza albo po prostu siada przy mnie i razem ze mną zagłebia się w milczeniu.
Mimo to, Pietruszka jest straszną gadułą. Godzinami potrafi mówić o muzyce, o różnych ciekawych rzeczach, osobach, a od nie dawna o swoim chłopaku, Niebieskookim. Lubię jej słuchać. Zwłaszcza gdy mówi na ostatni z podanych tematów. Emanuje z niej wtedy taka radość, jest tak szczęśliwa, rozmarzona, podekscytowana....
Jedyne co mnie w niej martwi, często za bardzo się czymś przejmuje, jest wtedy taka zagubiona, bezradna, smutna. Często też nie docenia swoich możliwości, swojego talentu. Jednak mam wrażenie, że przy Niebieskookim ten problem zanika. On jest w nią wpatrzony jak w obrazek, świata poza nią nie widzi! Dzięki Pietruszce z chłopaka zapatrzonego w siebie, bezczelnego, wkurzającego stał się naprawdę dobrym człowiekiem, wesołym (taaak... kiedy jest przy Pietruszce cieszy się jak małe dziecko z lizaka), uprzejmym oraz pomocnym. Niebieskooki walczył o nią długo. Dwa lata. Zdaje sobie sprawę jakim skarbem Bóg go obdarzył i robi wszystko, żeby Pietruszka czuła się wyjątkową oraz szczęśliwą osobą,dba o nią, o uczucie, które ich łączy. Ja z tego miejsca życzę im w życiu jak najlepiej!
Mimo to, Pietruszka jest straszną gadułą. Godzinami potrafi mówić o muzyce, o różnych ciekawych rzeczach, osobach, a od nie dawna o swoim chłopaku, Niebieskookim. Lubię jej słuchać. Zwłaszcza gdy mówi na ostatni z podanych tematów. Emanuje z niej wtedy taka radość, jest tak szczęśliwa, rozmarzona, podekscytowana....
Jedyne co mnie w niej martwi, często za bardzo się czymś przejmuje, jest wtedy taka zagubiona, bezradna, smutna. Często też nie docenia swoich możliwości, swojego talentu. Jednak mam wrażenie, że przy Niebieskookim ten problem zanika. On jest w nią wpatrzony jak w obrazek, świata poza nią nie widzi! Dzięki Pietruszce z chłopaka zapatrzonego w siebie, bezczelnego, wkurzającego stał się naprawdę dobrym człowiekiem, wesołym (taaak... kiedy jest przy Pietruszce cieszy się jak małe dziecko z lizaka), uprzejmym oraz pomocnym. Niebieskooki walczył o nią długo. Dwa lata. Zdaje sobie sprawę jakim skarbem Bóg go obdarzył i robi wszystko, żeby Pietruszka czuła się wyjątkową oraz szczęśliwą osobą,dba o nią, o uczucie, które ich łączy. Ja z tego miejsca życzę im w życiu jak najlepiej!
wtorek, 26 października 2010
"... jednością silni, rozumni szałem..."
Klasy trafiają się różne. Zazwyczaj na filmach, czy w serialach przedstawione są klasy, w których istnieje podział na grupki, konflikty wewnętrzno klasowe. No i większość klas w rzeczywistości tak wygląda. Mnie akurat się poszczęściło, klasa, do której trafiłam jest naprawdę niespotykanie zgrana! Wiadomo istnieją jakieś spory, to jest nieuniknione w grupie 23 osobowej, gdzie każdy jest inny, ale nie ma takiego, który spowodowałby całkowity rozłam klasy, długotrwałe nieprzyjemności.
To co najbardziej podoba mi się w mojej klasie to solidarność między wszystkimi, luźne, często zwariowane podejście do życia, ogroooomne poczucie humoru, spontaniczność, solidność, konsekwentność oraz pomysłowość. Ciekawi was dlaczego dzisiejszy post poświęcam właśnie mojej klasie? No cóż... po dzisiejszej lekcji religii stwierdziłam, że niektóre sytuacje, teksty rzucane przez poszczególnych osobników są godne uwiecznienia!
I. Zacznę od najświeższego wydarzenia, czyli od dzisiejszej katechezy. Mówiliśmy o grzechu myśli. Jednak religia u nas w klasie zaczyna się jednym tematem, a kończy tysiącem innych. W trakcie lekcji narzuca nam się wiele pytań, wątpliwości i wszystkie chcemy rozwiać w te 45 minut. Tak więc poprzez grzech doszło do tematu Adama i Ewy. Mój kolega (znany z jedzenia kanapek na każdej lekcji oraz ciągłego głodu, dlatego nazwę go Tostem) przeszedł wielki szok, dowiadując się, że ta para miała dzieci. Wtedy mnie zaczęła nasuwać się pewna myśl...
- Proszę księdza - powiedziałam - a czy... czy Adam i Ewa.... oni te dzieci mieli... no wie ksiądz... przez stosunek?
- Nie, zapylili się...No przez stosunek! A jak inaczej? - zażartował kompletnie rozbawiony pytaniem ojciec Rumcajs
- No, ale... ja sobie tego jakoś nie potrafię wyobrazić, uświadomić.... Adam i Ewa... stosunek... niby jak?
- Ewa kochała Adama, Adam Ewę i się w końcu zblizyli do siebie.
Przez chwilę była dyskusja na temat niedowierzania, bo jak to między Adamem i Ewą mogło do czegoś dojść, skoro w Biblii o tym nie piszą, a poza tym to tak jakoś dziwnie, że oni mogliby ze sobą współżyć. Rozmowę przerwało nagłe, nieoczekiwane i zupełnie.... dziwne? pytanie Super Maria:
- Proszę księdza, a czy Adam i Ewa mieli pępki?
W klasie rozległy się śmiechy, ale ojciec udzielił odpowiedzi i na to pytanie. Kolejne znów było skierowane przeze mnie:
- A czy oni byli małpami?
- Agrafka, druga klasa gimnazjum się kłania... zajrzyj sobie w zeszyt, zobacz co na ten temat pisaliśmy. - trochę jakby mnie ksiądz przygasił. No i w sumie miał rację, bo rzeczywiście mówił nam już o tym w gimnazjum.
II. Parę dni temu nasza polonistka zapowiedziała, że będzie nas pytać z romantyzmu na następnej lekcji. Jak powiedziała tak też uczyniła. Byłam stuprocentowo pewna, że zostanę zapytana, bo nie pisałam kartkówki z Dziadów, z Cierpień Młodego Wertera (których nie przeczytałam na czas) nie dostałam pozytywnej oceny... Jednak ku mojej uciesze moje nazwisko nie zostało wyczytane. Za to do odpowiedzi został wywołany Cwaniak, kolejny agent...
- Powiedz mi Cwaniaku, gdzie Werter poznał Lottę? - zapytała polonistka.
- Yyy... eeee... noo.. - jak to zwykle w takich "ciężkich" sytuacjach zaczął kombinować. Nagle Tost, chcąc mu podpowiedzieć zaczął nucić:
- Wszyscy święci BALUJĄ w niebie...
- Na cmentarzu! - wykrzyknął uradowany i dumny ze swej odpowiedzi Cwaniak.
Jak nietrudno się domyślić, wszyscy wybuchnęliśmy śmiechem. Polonistka tylko przez śmiech rzuciła do Tosta:
- No nie miałeś innej piosenki? Nie mogłeś zanucić np. "Niech żyje BAL"?
III. W klasie mamy szafkę. Szafkę, w której męska część naszej społeczności podzieliła się miejscami na półkach i trzyma tam wszystkie podręczniki, wyjmując tylko potrzebne na danej lekcji. Pewnego dnia nasz wychowawca zaglądając do szafki zaczął wypytywać chłopaków, czemu nie noszą ze sobą książek, tylko trzymają je w klasie. Do tłumaczenia zabrał się Master:
- Widzi pan, to jest tak, że kiedy rano pakujemy do plecaka kanapki, to zdajemy sobie sprawę, że książki nam się już nie mieszczą. Dlatego znaleźliśmy rozwiązanie tego problemu, zostawiamy je w szkole.
Pan zaczął się śmiać. Zresztą wszystkich rozbawił nawet nie sam tekst, jak powaga z jaką Master to powiedział. Wtedy głos zabrał Soldier:
- Tak a propo kanapek... Chciałem zgłosić zażalenie... Po W-Fie w szatni, Master chodził i wyciągał nam kanapki z plecaków!
- Bo chciałem odzyskać to co mi zabrali...-obronił się Master.
IV. W pierwszej liceum nasza klasa miała przygotować modlitwę. Postanowiliśmy przedstawić scenkę o stworzeniu świata. Narrator miał czytać odpowiedni fragment z Biblii podczas gdy my mieliśmy w odpowiedni sposób go inscenizować. Na sam koniec, podczas zdania o stworzeniu człowieka, Pianistka wraz Driver'em (niestety, od tego roku Driver przeniósł się na inny profil) mieli wyjść jako Adam i Ewa. Nie wiem czemu, ale wyszli w momencie gdy narrator przeczytał:
-...Bóg stworzył bydło....
V. Znowu język polski. Lekcja podczas omawiania Makbeta w pierwszej klasie.
- Pianistko, nie pisałaś kartkówki z Makbeta, dlatego dziś chciałabym Cię zapytać z treści - poinformowała polonistka jedną z uczennic. Pianistka wstała, jak to ona, spokojnie, luzacko, bez żadnych pohamowań w czymkolwiek. Polonistka zaczęła pytać o różne szczegóły związane z treścią. Odpowiedź Pianistki była bardzo "piękna, zwięzła i konkretna"
- No to, tego.... szli sobie ścieżką przez las.... ekhem... no i tam sobie wyskoczył... ekhem... z krzaków no i tam zabił go i się duch pojawił... ekhem.... pani poczeka, muszę się napić! - wyjęła z plecaka Pinkowe Truski i na legala zrobiła parę łyków po czym jak gdyby nigdy nic zapytała:
- No dobra, to na czym ja skończyłam?
Na dzisiaj to tyle. Więcej nie mam już dziś siły myśleć, grzebać w przeszłości. Do wątku mojej klasy na pewno jeszcze wrócę nie raz, a wtedy przedstawię kolejne dzieje "wyjątkowych matematyków". Dobranoc;)
To co najbardziej podoba mi się w mojej klasie to solidarność między wszystkimi, luźne, często zwariowane podejście do życia, ogroooomne poczucie humoru, spontaniczność, solidność, konsekwentność oraz pomysłowość. Ciekawi was dlaczego dzisiejszy post poświęcam właśnie mojej klasie? No cóż... po dzisiejszej lekcji religii stwierdziłam, że niektóre sytuacje, teksty rzucane przez poszczególnych osobników są godne uwiecznienia!
I. Zacznę od najświeższego wydarzenia, czyli od dzisiejszej katechezy. Mówiliśmy o grzechu myśli. Jednak religia u nas w klasie zaczyna się jednym tematem, a kończy tysiącem innych. W trakcie lekcji narzuca nam się wiele pytań, wątpliwości i wszystkie chcemy rozwiać w te 45 minut. Tak więc poprzez grzech doszło do tematu Adama i Ewy. Mój kolega (znany z jedzenia kanapek na każdej lekcji oraz ciągłego głodu, dlatego nazwę go Tostem) przeszedł wielki szok, dowiadując się, że ta para miała dzieci. Wtedy mnie zaczęła nasuwać się pewna myśl...
- Proszę księdza - powiedziałam - a czy... czy Adam i Ewa.... oni te dzieci mieli... no wie ksiądz... przez stosunek?
- Nie, zapylili się...No przez stosunek! A jak inaczej? - zażartował kompletnie rozbawiony pytaniem ojciec Rumcajs
- No, ale... ja sobie tego jakoś nie potrafię wyobrazić, uświadomić.... Adam i Ewa... stosunek... niby jak?
- Ewa kochała Adama, Adam Ewę i się w końcu zblizyli do siebie.
Przez chwilę była dyskusja na temat niedowierzania, bo jak to między Adamem i Ewą mogło do czegoś dojść, skoro w Biblii o tym nie piszą, a poza tym to tak jakoś dziwnie, że oni mogliby ze sobą współżyć. Rozmowę przerwało nagłe, nieoczekiwane i zupełnie.... dziwne? pytanie Super Maria:
- Proszę księdza, a czy Adam i Ewa mieli pępki?
W klasie rozległy się śmiechy, ale ojciec udzielił odpowiedzi i na to pytanie. Kolejne znów było skierowane przeze mnie:
- A czy oni byli małpami?
- Agrafka, druga klasa gimnazjum się kłania... zajrzyj sobie w zeszyt, zobacz co na ten temat pisaliśmy. - trochę jakby mnie ksiądz przygasił. No i w sumie miał rację, bo rzeczywiście mówił nam już o tym w gimnazjum.
II. Parę dni temu nasza polonistka zapowiedziała, że będzie nas pytać z romantyzmu na następnej lekcji. Jak powiedziała tak też uczyniła. Byłam stuprocentowo pewna, że zostanę zapytana, bo nie pisałam kartkówki z Dziadów, z Cierpień Młodego Wertera (których nie przeczytałam na czas) nie dostałam pozytywnej oceny... Jednak ku mojej uciesze moje nazwisko nie zostało wyczytane. Za to do odpowiedzi został wywołany Cwaniak, kolejny agent...
- Powiedz mi Cwaniaku, gdzie Werter poznał Lottę? - zapytała polonistka.
- Yyy... eeee... noo.. - jak to zwykle w takich "ciężkich" sytuacjach zaczął kombinować. Nagle Tost, chcąc mu podpowiedzieć zaczął nucić:
- Wszyscy święci BALUJĄ w niebie...
- Na cmentarzu! - wykrzyknął uradowany i dumny ze swej odpowiedzi Cwaniak.
Jak nietrudno się domyślić, wszyscy wybuchnęliśmy śmiechem. Polonistka tylko przez śmiech rzuciła do Tosta:
- No nie miałeś innej piosenki? Nie mogłeś zanucić np. "Niech żyje BAL"?
III. W klasie mamy szafkę. Szafkę, w której męska część naszej społeczności podzieliła się miejscami na półkach i trzyma tam wszystkie podręczniki, wyjmując tylko potrzebne na danej lekcji. Pewnego dnia nasz wychowawca zaglądając do szafki zaczął wypytywać chłopaków, czemu nie noszą ze sobą książek, tylko trzymają je w klasie. Do tłumaczenia zabrał się Master:
- Widzi pan, to jest tak, że kiedy rano pakujemy do plecaka kanapki, to zdajemy sobie sprawę, że książki nam się już nie mieszczą. Dlatego znaleźliśmy rozwiązanie tego problemu, zostawiamy je w szkole.
Pan zaczął się śmiać. Zresztą wszystkich rozbawił nawet nie sam tekst, jak powaga z jaką Master to powiedział. Wtedy głos zabrał Soldier:
- Tak a propo kanapek... Chciałem zgłosić zażalenie... Po W-Fie w szatni, Master chodził i wyciągał nam kanapki z plecaków!
- Bo chciałem odzyskać to co mi zabrali...-obronił się Master.
IV. W pierwszej liceum nasza klasa miała przygotować modlitwę. Postanowiliśmy przedstawić scenkę o stworzeniu świata. Narrator miał czytać odpowiedni fragment z Biblii podczas gdy my mieliśmy w odpowiedni sposób go inscenizować. Na sam koniec, podczas zdania o stworzeniu człowieka, Pianistka wraz Driver'em (niestety, od tego roku Driver przeniósł się na inny profil) mieli wyjść jako Adam i Ewa. Nie wiem czemu, ale wyszli w momencie gdy narrator przeczytał:
-...Bóg stworzył bydło....
V. Znowu język polski. Lekcja podczas omawiania Makbeta w pierwszej klasie.
- Pianistko, nie pisałaś kartkówki z Makbeta, dlatego dziś chciałabym Cię zapytać z treści - poinformowała polonistka jedną z uczennic. Pianistka wstała, jak to ona, spokojnie, luzacko, bez żadnych pohamowań w czymkolwiek. Polonistka zaczęła pytać o różne szczegóły związane z treścią. Odpowiedź Pianistki była bardzo "piękna, zwięzła i konkretna"
- No to, tego.... szli sobie ścieżką przez las.... ekhem... no i tam sobie wyskoczył... ekhem... z krzaków no i tam zabił go i się duch pojawił... ekhem.... pani poczeka, muszę się napić! - wyjęła z plecaka Pinkowe Truski i na legala zrobiła parę łyków po czym jak gdyby nigdy nic zapytała:
- No dobra, to na czym ja skończyłam?
Na dzisiaj to tyle. Więcej nie mam już dziś siły myśleć, grzebać w przeszłości. Do wątku mojej klasy na pewno jeszcze wrócę nie raz, a wtedy przedstawię kolejne dzieje "wyjątkowych matematyków". Dobranoc;)
sobota, 23 października 2010
Motylki w brzuchu...
... czyli zakochania ciąg dalszy... tak, nadal mi to nie przeszło, nadal mam przed oczyma Anioła stojącego opartego o mur, wpatrującego się we mnie z uśmiechem... czy to ja sprawiłam mu swoim widokiem radość? Czy tak po prostu chciał być miły? Jak jest naprawdę? Czy chociaż mnie lubi? Pomocy! To jest chyba jedyna kwestia, w której nawet Goodlandia zawodzi... tzn. często leżąc sobie na łóżku i popadając w stan rozmyślania, zakładam sobie różne szczęśliwe zakończenia tej sytuacji, że np. Aniołowi też na mnie zależy, ale jest zbyt nieśmiały, żeby coś z tym zrobić, dlatego ja muszę przejąć inicjatywę i to zrobię... to założenie trwa do momentu kiedy zobaczę, że jest dostępny na gadu, albo kiedy jestem na mieście podczas gdy on ma właśnie lekcję gitary albo właśnie ją skończył i wraca, bądź dopiero na nią idzie... serce niesamowicie szybko zaczyna bić, a w brzuchu czuję miliony małych, latających motylków... wtedy dociera do mnie, że nie mam w sobie dość odwagi, żeby mu powiedzieć o tym co czuję, zaproponować chociażby głupi spacer, boję się odrzucenia, nie chcę być odrzucona!
Tak, to jest bardzo głupie podejście, bo tak jak mówi Pietruszka, nic nie stracę, a mogę zyskać wiele. Jednak czy aby na pewno nic nie stracę? Dla mnie każda rozmowa z Aniołem jest na wagę złota, cieszę się nawet gdy nasza rozmowa równocześnie się zaczyna jak i kończy, kiedy trwa tylko parę sekund... a jeśli okazałoby się, że Anioł nie odwzajemnia moich uczuć? Jeśli wtedy przestał by się do mnie odzywać, zaczął mnie unikać? To byłby dla mnie większy koszmar, większy ból niż stan obecny.
No, ale od czasu naszego spotkania nie mieliśmy więcej kontaktu. I chyba zrobiłam straszną głupotę... W ubiegły weekend byłam w Krakowie, razem z grupą ze szkoły. Ze względu na stan zdrowia, gdy nasza grupa poszła na miasto, ja z Pietruszką zostałyśmy w pokoju. Zaczęłyśmy się wygłupiać. Do torebki po płatkach wsypałyśmy makaron i proszek z zupki chińskiej, zalałyśmy wodą mineralną, po czym postawiłyśmy na kaloryferze, co by nam się podgrzała. Jak nie trudno się domyślić, dużo się nie podgrzała, ale makaron rozmiękł. Zaczęłyśmy jeść i wtedy z mojej winy spora część naszej zupki wylała się na śpiwór Pietruszki. Kiedy wszystko wytarłyśmy weszłam na gadu w telefonie...
- O, matko... Pietruszka, jest Anioł...
- Napisz do niego!
- Nie
- Kurdę... mam ja napisać?
- No coś Ty, przecież Ci nie dam
- To napisz Ty! "Hej", tak się mówi na przywitanie, jeżeli nie wiesz co napisać.
No, ale ja sobie przemyślałam. Kiedyś zagadałam w sposób dość dziwny "Ale dzisiaj padało", rozmowa nam się pociągła baaardzo dłuuugo, więc może teraz też by coś takiego zadziałało!
Napisałam: "Się rozlało!xD". Anioł długo nie odpisywał, więc po paru minutach dopisałam: "Sorry, to miało być 'hej';D". Nie odpisał. Do tej pory pluję sobie w twarz, co mnie pokusiło? Nie mogłam napisać normalnie, jak cywilizowany człowiek "hej", "cześć", "siema" albo cokolwiek innego? Anioł do tej pory się nie odezwał. Mimo, iż prawie codziennie jest choć przez chwilę na gg. No cóż, może pomyślał, że się z niego nabijam? A może po prostu stwierdził, że nie jestem zdrowa na umyśle (nie zdziwiłabym się)? Ewentualnie, najmniej prawdopodobne rozwiązanie, ale najbardziej przeze mnie porządane, moje wiadomości do niego nie doszły.
Mając tą świadomość, że sama nic nie zrobię w kierunku rozwinięcia naszej znajomości, pozostaje mi chyba tylko czekać na to co czas przyniesie...
Tak, to jest bardzo głupie podejście, bo tak jak mówi Pietruszka, nic nie stracę, a mogę zyskać wiele. Jednak czy aby na pewno nic nie stracę? Dla mnie każda rozmowa z Aniołem jest na wagę złota, cieszę się nawet gdy nasza rozmowa równocześnie się zaczyna jak i kończy, kiedy trwa tylko parę sekund... a jeśli okazałoby się, że Anioł nie odwzajemnia moich uczuć? Jeśli wtedy przestał by się do mnie odzywać, zaczął mnie unikać? To byłby dla mnie większy koszmar, większy ból niż stan obecny.
No, ale od czasu naszego spotkania nie mieliśmy więcej kontaktu. I chyba zrobiłam straszną głupotę... W ubiegły weekend byłam w Krakowie, razem z grupą ze szkoły. Ze względu na stan zdrowia, gdy nasza grupa poszła na miasto, ja z Pietruszką zostałyśmy w pokoju. Zaczęłyśmy się wygłupiać. Do torebki po płatkach wsypałyśmy makaron i proszek z zupki chińskiej, zalałyśmy wodą mineralną, po czym postawiłyśmy na kaloryferze, co by nam się podgrzała. Jak nie trudno się domyślić, dużo się nie podgrzała, ale makaron rozmiękł. Zaczęłyśmy jeść i wtedy z mojej winy spora część naszej zupki wylała się na śpiwór Pietruszki. Kiedy wszystko wytarłyśmy weszłam na gadu w telefonie...
- O, matko... Pietruszka, jest Anioł...
- Napisz do niego!
- Nie
- Kurdę... mam ja napisać?
- No coś Ty, przecież Ci nie dam
- To napisz Ty! "Hej", tak się mówi na przywitanie, jeżeli nie wiesz co napisać.
No, ale ja sobie przemyślałam. Kiedyś zagadałam w sposób dość dziwny "Ale dzisiaj padało", rozmowa nam się pociągła baaardzo dłuuugo, więc może teraz też by coś takiego zadziałało!
Napisałam: "Się rozlało!xD". Anioł długo nie odpisywał, więc po paru minutach dopisałam: "Sorry, to miało być 'hej';D". Nie odpisał. Do tej pory pluję sobie w twarz, co mnie pokusiło? Nie mogłam napisać normalnie, jak cywilizowany człowiek "hej", "cześć", "siema" albo cokolwiek innego? Anioł do tej pory się nie odezwał. Mimo, iż prawie codziennie jest choć przez chwilę na gg. No cóż, może pomyślał, że się z niego nabijam? A może po prostu stwierdził, że nie jestem zdrowa na umyśle (nie zdziwiłabym się)? Ewentualnie, najmniej prawdopodobne rozwiązanie, ale najbardziej przeze mnie porządane, moje wiadomości do niego nie doszły.
Mając tą świadomość, że sama nic nie zrobię w kierunku rozwinięcia naszej znajomości, pozostaje mi chyba tylko czekać na to co czas przyniesie...
piątek, 22 października 2010
Dwa Światy
Życie... tak, wbrew wszystkiemu, życie ma cechy teatru. Jest jak przedstawienie, w którym każdy człowiek gra główną rolę. Rolę, której gdyby zabrakło to spektakl byłby zbrakowany, dziwny...
No cóż, skoro każdy gra jakąś rolę to każdy jest potrzebny, każdy ma jakiś cel, każdy coś wprowadza. Czasami zastanawiam się po co ja jestem? Czego chce ode mnie Bóg? Kurczę, On stawia na mojej drodze tyle różnych spraw, doświadczeń, ludzi... Jednych wiernych, wspaniałych, drugich, którzy wykorzystują moje słabości. Daje mi tyle powodów do radości, a równocześnie okazje to złapania doła i zjedzenia całej masy czekolady, która w gruncie rzeczy i tak nie pomaga.
Ostatnio dużo myślałam nad tym, skąd ja biorę siłę na przetrwanie tych cięższych dni, jakim cudem mam w sobie tyle energii, mając na głowie masę klasówek, napięty grafik zajęć dodatkowych, a teraz jeszcze samorząd szkolny (zostałam przewodniczącą mojego liceum). Jak to jest możliwe, że mimo ostatniego ogroma zawodów, które mnie spotkały, przykrości ze strony ludzi, po których bym się tego nie spodziewała, potrafię wyjść i się usmiechnąć. Usiąść i wesprzeć w chorobie, zmartwieniu kogoś, kogo już dawno powinnam skreślić.
Znalazłam odpowiedź. Tajemnicą, że tak to określę, mojego sukcesu jest mój drugi świat, moja Goodlandia. Jak to brzmi, drugi świat, Goodlandia... przecież to głupie! A jednak istnieje... Goodlandia jest jedną, wielką, kolorową przestrzenią, pełną ściskających się baniek mydlanych. W każdej z tych baniek znajdują się moje marzenia, pragnnienia, wyobrażenia, założenia.... Jednym słowem wszystko, co sprawia, że ten świat staje się idealny, staje się takim jakby rajem, utopią. Czuję się w nim naprawdę wspaniale, dlatego trudno jest mi go opuszczać. Przez to bardzo często mylę ten świat ze światem rzeczywistym. Podejmując jakieś kroki, decyzje, kieruję się zasadami Goodlandii, sprawiając, że wiele baniek nieoczekiwanie pęka, zostawiając po sobie pustkę, smutek. Po jakimś czasie miejsca tych baniek zastępują inne, nowe bańki. Przynoszą nowe powody do wesela, jednakże każda bańka jest inna, niektóre nie zdołają wypełnić całej luki po poprzedniej, dlatego niektóre urazy pozostają w sercu na zawsze. Jednak są tak nie wielkie, że nie myślę o nich na co dzień. Zresztą w Goodlandii nabierają one swoich barw i nie są takie straszne na jakie wyglądają.
Rada na dziś, znajdź sposób na to, aby radzić sobie ze swoimi problemami, sposób najlepszy dla Ciebie. Dzieki, któremu wszystko będzie prostrze.
No i usmiechaj się! Zawsze i wszędzie! Jeden Twój uśmiech, może przynieść ukojenie innym, pomóc im! Jeden usmiech znaczy wiele, wyraża więcej niż tysiące słów, ma ogromna moc!
No cóż, skoro każdy gra jakąś rolę to każdy jest potrzebny, każdy ma jakiś cel, każdy coś wprowadza. Czasami zastanawiam się po co ja jestem? Czego chce ode mnie Bóg? Kurczę, On stawia na mojej drodze tyle różnych spraw, doświadczeń, ludzi... Jednych wiernych, wspaniałych, drugich, którzy wykorzystują moje słabości. Daje mi tyle powodów do radości, a równocześnie okazje to złapania doła i zjedzenia całej masy czekolady, która w gruncie rzeczy i tak nie pomaga.
Ostatnio dużo myślałam nad tym, skąd ja biorę siłę na przetrwanie tych cięższych dni, jakim cudem mam w sobie tyle energii, mając na głowie masę klasówek, napięty grafik zajęć dodatkowych, a teraz jeszcze samorząd szkolny (zostałam przewodniczącą mojego liceum). Jak to jest możliwe, że mimo ostatniego ogroma zawodów, które mnie spotkały, przykrości ze strony ludzi, po których bym się tego nie spodziewała, potrafię wyjść i się usmiechnąć. Usiąść i wesprzeć w chorobie, zmartwieniu kogoś, kogo już dawno powinnam skreślić.
Znalazłam odpowiedź. Tajemnicą, że tak to określę, mojego sukcesu jest mój drugi świat, moja Goodlandia. Jak to brzmi, drugi świat, Goodlandia... przecież to głupie! A jednak istnieje... Goodlandia jest jedną, wielką, kolorową przestrzenią, pełną ściskających się baniek mydlanych. W każdej z tych baniek znajdują się moje marzenia, pragnnienia, wyobrażenia, założenia.... Jednym słowem wszystko, co sprawia, że ten świat staje się idealny, staje się takim jakby rajem, utopią. Czuję się w nim naprawdę wspaniale, dlatego trudno jest mi go opuszczać. Przez to bardzo często mylę ten świat ze światem rzeczywistym. Podejmując jakieś kroki, decyzje, kieruję się zasadami Goodlandii, sprawiając, że wiele baniek nieoczekiwanie pęka, zostawiając po sobie pustkę, smutek. Po jakimś czasie miejsca tych baniek zastępują inne, nowe bańki. Przynoszą nowe powody do wesela, jednakże każda bańka jest inna, niektóre nie zdołają wypełnić całej luki po poprzedniej, dlatego niektóre urazy pozostają w sercu na zawsze. Jednak są tak nie wielkie, że nie myślę o nich na co dzień. Zresztą w Goodlandii nabierają one swoich barw i nie są takie straszne na jakie wyglądają.
Rada na dziś, znajdź sposób na to, aby radzić sobie ze swoimi problemami, sposób najlepszy dla Ciebie. Dzieki, któremu wszystko będzie prostrze.
No i usmiechaj się! Zawsze i wszędzie! Jeden Twój uśmiech, może przynieść ukojenie innym, pomóc im! Jeden usmiech znaczy wiele, wyraża więcej niż tysiące słów, ma ogromna moc!
czwartek, 14 października 2010
Ma swój świat c.d.
Moja dobra znajoma Isis odkąd pamiętam interesuje się orientem. Podróżuje, zwiedza, uczy się języków, teraz nawet poszła na studia na arabistykę. Tańczy też Belly Dance (taniec brzucha). Jakoś tak pod koniec maja miała mieć pokaz. zaprosiła mnie, dostałam bilet wstępu. Wszystko było super, tylko termin był dokładnie w czwartek o 19. Pokrywało mi się to z lekcją gitary, a przecież nie było bata, musiałam pojawić się na pokazie, nie mogłam zawieść Isis. Już podjęłam decyzję o tym, że zadzwonię i odwołam lekcję, gdy nagle siedząc któregoś dnia na gadu wymysliłam ciekawsze rozwiązanie.
Anioł był dostępny, przemogłam się i napisałam do niego, no w końcu miałam ważną sprawę. Przedstawiłam się i zapytałam, czy nie zamienił by się ze mną jednorazowo lekcjami. Zgodził się, popisaliśmy trochę. Było miło, naprawdę było miło. I rozmowa nam się kleiła.
Na czwartkowej lekcji trudno było mi się skupić, bo już po 15 minutach zobaczyłam za oknem Anioła, stojącego przed budynkiem muzycznej. Kiedy po skończonej lekcji wyszłam z klasy on stał w wejściu do korytarza. Patrzył na mnie z uśmiechem i nic nie mówiąc wyciągnął na przywitanie rękę (w geście "przybij pionę"). Jedyne co z siebie potrafiłam wówczas wybełkotać to "Naprawdę bardzo Ci dziękuję, pa".
Kolejny raz napisałam do niego w czasie tych powodzi, dokładnie 2 czerwca. Ciagle padało, w naszej szkole zalało nawet trochę podparter i mieliśmy akcję "wylewamy wodę". W jeden z tych deszczowych dni gawędziłam sobie na gadu z moim kumplem Jogurtem, rozkojarzona rzuciłam:
- Anioł jest na gadu...
- To do niego napisz.- odpowiedział
- No jasne, ciekawe co mu napiszę...
- Ale dzisiaj padało....
No więc napisałam.
- Już.- powiedziałam Jogurtowi bardzo zestresowana i podniecona oczekiwaniem na odpowiedź Anioła.
- Co już?
- Napisałam do niego.
- Co? - zapytał głupio, jakby nie wiedział
- No to co mi kazałeś.
- Lol! To było ogólne stwierdzenie...
Aha, czyli się wkopałam, pomyślałam... Jaka jestem głupia... No, ale ku mojemu szczęściu wcale się nie wkopałam. Anioł odpisał, rozmawialiśmy naprawdę dłuuuuugo. A z mojego niesubordynowanego wstępu usprawiedliłam się chęcią złożenia oryginalnych, spóźnionych zyczeń z okazji Dnia Dziecka. Anioł stwierdził, że były oryginalne i.... podstępne. Opowiadaliśmy sobie o planach na wakacje, stąd wiedziałam, że cały lipiec spędzi w Londynie.
Ostatni raz napisałam do niego w dniu jego wylotu do Anglii, a raczej już po wylądowaniu na miejscu. Bałam się na samą myśl, że tam LECI, nie jedzie tylko leci. Dlatego uspokoilam się, gdy zobaczyłam go wieczorem na gadu. Zapytałam jak minęła podróż, czy wszystko w porządku. Był zmęczony podróżą, nie chciałam go męczyć dodatkowo, choć i tak głupia się rozgadałam! On pewnie zasypiał tam nad klawiaturą, ale grzeczność nie pozwalała mu odejść.... Jednak kończąc naszą rozmowę poprosiłam, żeby dawał czasem znać co u niego. I wtedy postanowiłam, dość! Teraz nie napiszę do póki Anioł sam nie zacznie rozmowy, bo nie mogę jej ciągle ja zaczynać, nie mogę być cholernym natrętem. Ma mój numer, jeśli będzie chciał to napisze.
Nie wiem kiedy to dokładnie było, ale myślę, że mniej więcej w połowie lipca, napisał. Byłam przeszczęśliwa! Potem napisał drugi raz i trzeci. Potem znowu ja napisałam.... Cieszyłam się, bo rozmowy z nim naprawdę sprawiały mi wielką przyjemność, nikt nie potrafi ze mną tak rozmawiać jak on, ja z nikim tak rozmawiać nie potrafię.... Anioł ma w sobie coś niezwykłego!
Bałam się tylko jednej rzeczy... bałam się, że tak jak w tamtym roku, gdy zacznie zbliżać się rok szkolny, on nagle przestanie pisać, nastanie cisza, taka cholernie długa cisza jak przez cały ten ubiegły rok. I z dalszym biegiem wakacji wydawało mi się, że moje obawy się sprawdzają.... Jednak pewnej nocy długo nie mogłam zasnąć.... Siedziałam na gadu, pocieszałam załamaną koleżankę, sprzeczałam się z Luzakiem kto pierwszy ma pójść spać, gdy nagle ok 2 w nocy dostałam wiadomość od Anioła. Pytał się mnie czemu nie śpię. Rozmowa się rozwinęła. To była nasza druga rozmowa taka, nie wiem czy poważniejsza jest dobrym określeniem, ale wchodząca w sferę uczuciową, może nie koniecznie miłości, ale ogólnych ludzkich uczuć. Nie będę zdradzała szczegółów naszych rozmów, bo chciałabym zachować je dla siebie. Poza tym Anioł mógłby nie chcieć, aby inni ludzie wiedzieli o czym pisał do mnie.
No i zaczął się nowy rok szkolny. Aniołowi zmieniły się godziny i daty zajeć w muzycznej, więc już się nie widujemy co tydzień. Spotkałam, go w pierwszy piątek szkoły. Szłam z koleżanką po ulicy, a on ze swoją chodnikiem. Powiedzieliśmy sobie cześć. Traf chciał, że samochód zaparkowany przy chodniku zasłaniał mi ich od pasa w dół. Nie wiem czemu, ale miałam dziwne wrażenie, że szli dość blisko, że mogli się trzymać za ręce. Czy Anioł ma dziewczynę? To pytanie dręczyło mnie do końca dnia i do połowy następnego, kiedy to Luzak oznajmił mi, że intuicja mnie zawodzi, bo on z pierwszoręcznej informacji wie, iż Anioł jest wolny. Chyba nie muszę pisać jak bardzo mi ulżyło, mimo iż to nic nie zmienia, bo i tak prędzej umrę niż w jakikolwiek sposób uświadomię go o moich uczuciach..
W wakacje, nasz nauczyciel od gitary, pan Król złamał prawą rękę. Już na pierwszej lekcji dało się wyczuć jak bardzo jest mu, żal, że nie może grać. Przygotowaliśmy mu więc niespodziankę. Założyliśmy jego gwardię, kupiliśmy koszulkę z nadrukiem jej loga i zrobiliśmy wieeelką laurę z życzeniami szybkiego zrostu ręki. Anioł był jednym z organizatorów, z nim najwięcej szczegółów ustalałam. Ale kiedy umówiliśmy się całą gwardią, żeby złożyć panu Królowi wizytę, Anioł nie przyszedł. Zapomniał jak się potem okazało, przeprosił mnie. Było mi przykro, ale nie gniewałam się na niego, nie potrafiłam... A od tego dnia miałam już jego numer telefonu, żeby za tydzień przypomnieć mu o ty, że ma być obecny na koncercie Oratorium. Jednak dzień wcześniej napisał, że się jednak może nie wyrobić...
Dziwnie się czułam nie widząc go tyle czasu, naprawdę. I kiedy spotkaliśmy się tak na chwilę, bo koleżanka, moja - z zespołu ludowego,a jego - z klasy, zostawiła dokumenty, więc chciałam jej je przekazać przez Anioła, gdyż sama nie odbierała telefonów, dostałam energii, która do tej pory mnie trzyma... Miejsce naszego spotkania były naprawdę bardzo romantyczne.... przy cmentarzu. Ale do tej pory widok Anioła opartego o mur i patrzącego na mnie z usmiechem, sprawia mi radość przebijającą wszystko! Wywołuje na mojej twarzy taki uśmiech, którym mogłabym zwalczyć na świecie calusieńki pesymizm!
Zdaję sobie sprawę, że to chyba platoniczna miłość, o ile to jest już miłość, bo mimo lekcji religii raczej nie potrafię jej jeszcze rozpoznać... ale.... no cóż, czasem tak bywa;)
Podsumowując.... Jaki jest Anioł? Z moich dotychczasowych dostrzeżeń wydaje mi się, że jest wrażliwy, radosny, pełen energii, ma zupełnie inne poglądy na życie, na świat, można rzecz, że nawet tak jakby żyje w swoim własnym świecie. Posiada poczucie humoru, docenia ludzi, szanuje ich i potrafi być wdzięczny. Chyba też, kiedy coś robi to z pasją. No, a do tego jest zapominalski, czasem nieogarnięty i ciągle by spał!;D Ale mnie to nie przeszkadza.
Anioł był dostępny, przemogłam się i napisałam do niego, no w końcu miałam ważną sprawę. Przedstawiłam się i zapytałam, czy nie zamienił by się ze mną jednorazowo lekcjami. Zgodził się, popisaliśmy trochę. Było miło, naprawdę było miło. I rozmowa nam się kleiła.
Na czwartkowej lekcji trudno było mi się skupić, bo już po 15 minutach zobaczyłam za oknem Anioła, stojącego przed budynkiem muzycznej. Kiedy po skończonej lekcji wyszłam z klasy on stał w wejściu do korytarza. Patrzył na mnie z uśmiechem i nic nie mówiąc wyciągnął na przywitanie rękę (w geście "przybij pionę"). Jedyne co z siebie potrafiłam wówczas wybełkotać to "Naprawdę bardzo Ci dziękuję, pa".
Kolejny raz napisałam do niego w czasie tych powodzi, dokładnie 2 czerwca. Ciagle padało, w naszej szkole zalało nawet trochę podparter i mieliśmy akcję "wylewamy wodę". W jeden z tych deszczowych dni gawędziłam sobie na gadu z moim kumplem Jogurtem, rozkojarzona rzuciłam:
- Anioł jest na gadu...
- To do niego napisz.- odpowiedział
- No jasne, ciekawe co mu napiszę...
- Ale dzisiaj padało....
No więc napisałam.
- Już.- powiedziałam Jogurtowi bardzo zestresowana i podniecona oczekiwaniem na odpowiedź Anioła.
- Co już?
- Napisałam do niego.
- Co? - zapytał głupio, jakby nie wiedział
- No to co mi kazałeś.
- Lol! To było ogólne stwierdzenie...
Aha, czyli się wkopałam, pomyślałam... Jaka jestem głupia... No, ale ku mojemu szczęściu wcale się nie wkopałam. Anioł odpisał, rozmawialiśmy naprawdę dłuuuuugo. A z mojego niesubordynowanego wstępu usprawiedliłam się chęcią złożenia oryginalnych, spóźnionych zyczeń z okazji Dnia Dziecka. Anioł stwierdził, że były oryginalne i.... podstępne. Opowiadaliśmy sobie o planach na wakacje, stąd wiedziałam, że cały lipiec spędzi w Londynie.
Ostatni raz napisałam do niego w dniu jego wylotu do Anglii, a raczej już po wylądowaniu na miejscu. Bałam się na samą myśl, że tam LECI, nie jedzie tylko leci. Dlatego uspokoilam się, gdy zobaczyłam go wieczorem na gadu. Zapytałam jak minęła podróż, czy wszystko w porządku. Był zmęczony podróżą, nie chciałam go męczyć dodatkowo, choć i tak głupia się rozgadałam! On pewnie zasypiał tam nad klawiaturą, ale grzeczność nie pozwalała mu odejść.... Jednak kończąc naszą rozmowę poprosiłam, żeby dawał czasem znać co u niego. I wtedy postanowiłam, dość! Teraz nie napiszę do póki Anioł sam nie zacznie rozmowy, bo nie mogę jej ciągle ja zaczynać, nie mogę być cholernym natrętem. Ma mój numer, jeśli będzie chciał to napisze.
Nie wiem kiedy to dokładnie było, ale myślę, że mniej więcej w połowie lipca, napisał. Byłam przeszczęśliwa! Potem napisał drugi raz i trzeci. Potem znowu ja napisałam.... Cieszyłam się, bo rozmowy z nim naprawdę sprawiały mi wielką przyjemność, nikt nie potrafi ze mną tak rozmawiać jak on, ja z nikim tak rozmawiać nie potrafię.... Anioł ma w sobie coś niezwykłego!
Bałam się tylko jednej rzeczy... bałam się, że tak jak w tamtym roku, gdy zacznie zbliżać się rok szkolny, on nagle przestanie pisać, nastanie cisza, taka cholernie długa cisza jak przez cały ten ubiegły rok. I z dalszym biegiem wakacji wydawało mi się, że moje obawy się sprawdzają.... Jednak pewnej nocy długo nie mogłam zasnąć.... Siedziałam na gadu, pocieszałam załamaną koleżankę, sprzeczałam się z Luzakiem kto pierwszy ma pójść spać, gdy nagle ok 2 w nocy dostałam wiadomość od Anioła. Pytał się mnie czemu nie śpię. Rozmowa się rozwinęła. To była nasza druga rozmowa taka, nie wiem czy poważniejsza jest dobrym określeniem, ale wchodząca w sferę uczuciową, może nie koniecznie miłości, ale ogólnych ludzkich uczuć. Nie będę zdradzała szczegółów naszych rozmów, bo chciałabym zachować je dla siebie. Poza tym Anioł mógłby nie chcieć, aby inni ludzie wiedzieli o czym pisał do mnie.
No i zaczął się nowy rok szkolny. Aniołowi zmieniły się godziny i daty zajeć w muzycznej, więc już się nie widujemy co tydzień. Spotkałam, go w pierwszy piątek szkoły. Szłam z koleżanką po ulicy, a on ze swoją chodnikiem. Powiedzieliśmy sobie cześć. Traf chciał, że samochód zaparkowany przy chodniku zasłaniał mi ich od pasa w dół. Nie wiem czemu, ale miałam dziwne wrażenie, że szli dość blisko, że mogli się trzymać za ręce. Czy Anioł ma dziewczynę? To pytanie dręczyło mnie do końca dnia i do połowy następnego, kiedy to Luzak oznajmił mi, że intuicja mnie zawodzi, bo on z pierwszoręcznej informacji wie, iż Anioł jest wolny. Chyba nie muszę pisać jak bardzo mi ulżyło, mimo iż to nic nie zmienia, bo i tak prędzej umrę niż w jakikolwiek sposób uświadomię go o moich uczuciach..
W wakacje, nasz nauczyciel od gitary, pan Król złamał prawą rękę. Już na pierwszej lekcji dało się wyczuć jak bardzo jest mu, żal, że nie może grać. Przygotowaliśmy mu więc niespodziankę. Założyliśmy jego gwardię, kupiliśmy koszulkę z nadrukiem jej loga i zrobiliśmy wieeelką laurę z życzeniami szybkiego zrostu ręki. Anioł był jednym z organizatorów, z nim najwięcej szczegółów ustalałam. Ale kiedy umówiliśmy się całą gwardią, żeby złożyć panu Królowi wizytę, Anioł nie przyszedł. Zapomniał jak się potem okazało, przeprosił mnie. Było mi przykro, ale nie gniewałam się na niego, nie potrafiłam... A od tego dnia miałam już jego numer telefonu, żeby za tydzień przypomnieć mu o ty, że ma być obecny na koncercie Oratorium. Jednak dzień wcześniej napisał, że się jednak może nie wyrobić...
Dziwnie się czułam nie widząc go tyle czasu, naprawdę. I kiedy spotkaliśmy się tak na chwilę, bo koleżanka, moja - z zespołu ludowego,a jego - z klasy, zostawiła dokumenty, więc chciałam jej je przekazać przez Anioła, gdyż sama nie odbierała telefonów, dostałam energii, która do tej pory mnie trzyma... Miejsce naszego spotkania były naprawdę bardzo romantyczne.... przy cmentarzu. Ale do tej pory widok Anioła opartego o mur i patrzącego na mnie z usmiechem, sprawia mi radość przebijającą wszystko! Wywołuje na mojej twarzy taki uśmiech, którym mogłabym zwalczyć na świecie calusieńki pesymizm!
Zdaję sobie sprawę, że to chyba platoniczna miłość, o ile to jest już miłość, bo mimo lekcji religii raczej nie potrafię jej jeszcze rozpoznać... ale.... no cóż, czasem tak bywa;)
Podsumowując.... Jaki jest Anioł? Z moich dotychczasowych dostrzeżeń wydaje mi się, że jest wrażliwy, radosny, pełen energii, ma zupełnie inne poglądy na życie, na świat, można rzecz, że nawet tak jakby żyje w swoim własnym świecie. Posiada poczucie humoru, docenia ludzi, szanuje ich i potrafi być wdzięczny. Chyba też, kiedy coś robi to z pasją. No, a do tego jest zapominalski, czasem nieogarnięty i ciągle by spał!;D Ale mnie to nie przeszkadza.
czwartek, 7 października 2010
Ma swój świat
Wybaczcie, ale nie zdradzę prawdziwego imienia chłopaka, o którym będę pisać. Nazwę go po prostu Aniołem. Historia jest dość skomplikowana...
Poznałam go w muzycznej. Kiedy zaczęłam drugi rok nauki na gitarze zmienił mi się termin lekcji. Byłam ostatnią uczennicą w czwartki. Przede mną lekcję miał jakiś długowłosy chłopak, w sumie nie zwracałam początkowo na niego uwagi, zauważyłam, że ma długie włosy, jest uśmiechnięty zawsze, ale nie wzbudzało to we mnie żadnych emocji. Po jakimś czasie dowiedziałam się, że jest to ten chłopak, o którym nie raz opowiadał mi moja bliska kumpela (nazwę ją Pani Dred). Chłopak, w którym kochała się od dwóch lat, do którego niegdyś zaczęła się przystawiać jej była już przyjaciółka, zabierając Pani Dred wszelkie szanse na jakiekolwiek uczucie do niej ze strony Anioła. Poza tym Pani Dred z tego co mi opowiadała, zrobiła coś co Anioła totalnie do niej zniechęciło. Nie utrzymywali ze sobą żadnego kontaktu. Nie mogłam uwierzyć, że przyjaciele potrafią zrobić coś takiego. Od tej pory kombinowałyśmy jakby tu zachęcić Anioła do rozmowy z Panią Dred, żeby mogła mu wszystko wyjaśnić, żeby może między nimi jakoś zaiskrzyło. Pomysłów miałyśmy całą masę! A to, że Pani Dred odprowadzi mnie na lekcję gitary, po czym zupełnie przypadkowo wpadnie na Anioła, a to, że na koncercie z muzycznej podejdziemy do niego po coś. No, ale za każdym razem Pani Dred w ostatniej chwili tchórzyła i nie robiłyśmy nic.
Było już ciepło, kwiecień, albo maj. Mój dobry kolega z zespołu szkolnego ( będzie Wymiataczem) zafascynował się kapeluszami jakie nosi Justin Tiberlake. Tak się złożyło, że miałam podobny w domu po moim dziadku świętej pamięci. Babcia stwierdziła, że jest to bez sensu, by tak leżał i mole go jadły, więc kazała dać mi go Wymiataczowi. Poszłam do niego jakoś godzinę przed lekcją gitary. Oczywiście był ucieszony na maxa. Postanowiliśmy, że pójdziemy, usiądziemy na Nowym Rynku i pogramy sobie na gitarze. Jak postanowiliśmy tak też zrobiliśmy. Od naszego osiedla nie było tam daleko, a tym bardziej nie było daleko do budynku szkoły muzycznej. Jednak nie było jeszcze na tyle ciepło, żeby tak sobie grać, bo po paru minutach palce kostniały. Stwierdziliśmy, że przydałaby się nam kostka. Postanowiliśmy więc iść pożyczyć ją od mojego nauczyciela od gitary (przyjmie tutaj pseudonim Król). Obydwoje dobrze go znaliśmy, bo jest starszym bratem opiekuna naszego szkolnego zespołu i wpadał czasem do nas na próby. Poszliśmy do muzycznej. Lekcję miał akurat Anioł.Wtedy okazało się, że Wymiatacz świetnie zna Anioła, bo ten w podstawówce chodził do klasy i kumplował się z jego młodszym bratem Luzakiem. Zapoznał nas ze sobą. Od tej pory mówiliśmy sobie cześć. Anioł miał piękny uśmiech, ale dalej nie myślałam o nim. Pewnego dnia totalnie mnie zszokował, bo obciął włosy! Po jakimś czasie zaprosił mnie do znajomych na słynnej naszej klasie. Nic nie wskazywało na to, a mi nigdy nie przyszło do głowy, że tak to się rozwinie.
Nadszedł czerwiec, a z nim koniec roku szkolnego. Mieliśmy ognisko kończące rok nauki w muzycznej. Najpierw były ostatnie występy uczniów, rozdanie świadectw, po czym zaczęła się zabawa. Na to ognisko oczywiście zabrałam ze sobą Panią Dred, był jej brat bliźniak Basista, Wiewióra (nasza wspólna przyjaciółka), plus znajomi z paczki, którzy również do muzycznej wówczas chodzili. Zorganizowano mecz w piłkę nożną, młodsi uczniowie z rodzicami i nauczycielami, kontra starsi uczniowie. Pan Król jednak zsolidaryzował się z nami i doszedł do naszej drużyny. Wygłupialiśmy się na maxa, było tak świetnie. Wróciłam cała brudna, z uzielenionymi spodniami. Pani Dred nawiązała kontakt z przyjacielem Anioła, by móc się czegoś dowiedzieć więcej o nim. Dzień później odbyła się premiera Pieśni Jerozolimskich. Mimo dni miasta, koncertu Kasi Kowalskiej i Danzela, na premierze pojawiło się ponad 500 osób! Mój rok szkolny zakończył się więc wielkim sukcesem.
Parę dni po tych wydarzeniach, wchodząc na naszą klasę zobaczyłam, że mam w skrzynce wiadomość od Anioła. Pochwalił moje zdjęcia, zapytał czy może zapisać sobie mój numer gadu. No i tak jakoś nawiązała się między nami rozmowa. Początkowo mówiłam o wszystkim Pani Dred. Nic przecież się takiego nie działo, a jakby się dowiedziała z innych źródeł, że z nim piszę to mogłaby sobie pomyśleć o czymś czego naprawdę nie ma czyt. kręcę z Aniołem. Tymczasem z Aniołem gadaliśmy o różnych głupotach i nie głupotach. Wymyślaliśmy pomysły na rozprawienie się z Końcem Świata, rozmawialiśmy o wakacjach, szkole, o tym co tylko na myśl przyszło. No i po pewnym czasie zaczęło się ze mną dziać coś dziwnego. Zaczęłam myśleć o Aniele. Za każdym razem, kiedy siadałam do laptopa z niecierpliwością wchodziłam na naszą klasę, żeby sprawdzić czy przypadkiem nie ma tam wiadomości od niego, czy odpisał i żeby sama błyskawicznie odpisać. I kiedy we wrześniu zobaczyłam go na pierwszej lekcji gitary serce zaczęło walić mi jak młotem. Gdy spojrzałam na niego, na jego piękny, szczery, szeroki usmiech, kiedy powiedział mi cześć, stanął przed klasą i wskazując mi wejście stał tam dopóki ja nie weszłam.... zrozumiałam, że zauroczył mnie. Zrobiło mi się głupio. Po pierwsze, jak ja mam to powiedzieć Pani Dred? Po drugie, przeciez ja z nim tylko pisałam, nie spotkałam się z nim nigdy, nie wyszlismy nigdzie razem, to przecież głupie... Postanowiłam, że nie powiem o tym Pani Dred, zauroczenie pewnie mi minie po jakimś czasie jak to zwyke bywało, a po co mam psuć nasze relacje.
Jednak zauroczenie nie minęło. Mimo iż kontakt z Aniołem nam się urwał, gadalismy tylko tyle co "cześć" mijając się w muzycznej, ja coraz bardziej się wkręcałam. Może uwiodła mnie właśnie chęć poznania go bliżej. Anioł był taki nieodgadniony, kiedy rozmawiałam z nim w wakacje, wydawał mi się być taki inny niż wszyscy, bardzo podobny do mnie, taki jakby męski odpowiednik mnie. Doskonale mnie rozumiał, miał indywidualne podejście do życia, mówił swoim językiem. Pierwszy raz spotkałam taką osobę! Jednak kiedy zapytałam go czy pójdzie z nami na koncert Jelonka odpowiedział, że zobaczy i da znać. Nie dał znać, nie poszedł z nami. Nie odpisał na życzenia świąteczne. Byłam załamana. Tak bardzo chciałam utrzymać z nim kontakt a tymczasem wszystko się waliło.
Kolejne rozczarowanie przyszło w styczniu. Miałam nadzieję, że na styczniowym koncercie kolęd z muzycznej, będę mogła do niego zagadać. Okazało się, że koncert pokrywał się z jasełkami w mojej szkole (najważniejszej imprezie w ciągu roku, organizowanej na skalę miasta). Musiałam zrezygnować z koncertu, bo gdy w ubiegłym roku wydarzyło się podobnie, poświęciłam jasełka.
Rozczarowanie jednak nie trwało długo. Najzwyczajniej w świecie los mi sprzyjał. Koncert został przesunięty o tydzień później. Mało tego, dowiedziałam się, że będę grała w zespole z Aniołem! Jak się domyślacie, byłam w siódmym niebie. Nie dość, że zobaczę Anioła w dniu koncertu, to jeszcze i na wspólnej próbie.
Podczas próby siedziałam na przeciwko Anioła. Jak to ja, często śmieję się bez powodu, albo załapuję żart, który ktoś mi opowiedział pare godzin temu i ni stąd ni zowoąd wybucham. W pewnym momencie Anioł przestał grać i powiedział, że nie może siedzieć na przeciwko mnie, bo mam zbyt zaraźliwy uśmiech. Po próbie zagadaliśmy się i nie zauważyliśmy, że tylko my wyszliśmy na korytarz, podczas gdy reszta jeszcze pakowała się w klasie. Zaczęliśmy oglądać zdjęcia, nabijać się z tego jak na nich wyszliśmy. Potem razem z Aniołem i panem Królem wracałam do domu. Na koncercie również trochę pogadaliśmy. Miałam wtedy urodziny, powiedział, że musi wymyślić jakieś oryginalne życzenia (wymyślił, życzył, żebym nie musiała nigdy nosić ławek tak jak on, kiedy robił to po koncercie). Do tego dzień przed, razem z koleżanką wygrałyśmy konkurs kolęd śpiewając "Uciekali" z musicalu Metro. No wszystko było takie piękne!
Jednak już od następnego dnia z Aniołem znowu nie mieliśmy kontaktu. Potem był czas kiedy długo go nie widziałam, a to ja odwołałam lekcję, a to on, a to pana Króla nie było. Liczyłam, nie widzieliśmy się 42 dni. No i w którąś środę pod koniec marca odbywały się Targi Edukacyjne. Poszłam na nie jako reprezentacja naszego liceum. Rozdawałam ołówki z adresem strony internetowej naszej szkoły. Podszedł do mnie kolega z ekipy Werter (tyle się wycierpiał w sprawach sercowych, więc wydaje mi się, że bohater "Cierpień młodego Wertera", pomijając samobójstwo, jest mu bliski). Tak sobie rozmawialiśmy, gdy nagle zauważyłam przyjaciela Anioła. Podeszliśmy do niego i kontynuowaliśmy rozmowę już we trójkę. Ale moja głowa zaczęła chodzić w różnych kierunkach wypatrując Anioła. I nagle trach! Zobaczyłam go, tzn. tak mi się wydawało, że to on. Długo nie wytrzymała i wskazałam go jego przyjacielowi pytając, czy to przypadkiem nie Anioł. Mój wzrok i wyczucie okazało się niezawodne w tym przypadku. Podeszliśmy do niego. Anioł przywitał się z nami, dałam mu ołówek. Ale po chwili jakby mnie olał. Odwrócił się, podeszły do niego jakieś dziewczyny zaczęły się zapoznawać, zrobiło mi się smutno, wycofałam się wracając do swojego stoiska. Następnego dnia od razu po lekcjach razem z moją przyjaciółką (jak się okazało, najwierniejszą i najprawdziwszą ze wszystkich, które niby nimi były) Pietruszką, poszłyśmy do hurtowni po zakup balonów, talerzyków, czapeczek urodzinowych itp. (bo przygotowywaliśmy z zespołem imprezę niespodziankę z okazji urodzin naszego opiekuna). Zapomniałam o tym, że przyjaciel Anioła mieszka na tej samej ulicy, gdzie znajduje się hurtownia. No i zamurowało mnie, kiedy tak wysmętniając się Pietruszce o swoim uczuciu, zobaczyłam idącego ku nam z naprzeciwka Anioła ze swoim przyjacielem. Minęliśmy się, powiedział mi "Dzień dobry" ja mu "cześć" i tyle.
Jeszcze tego samego dnia miałam lekcję gitary więc miało miejsce jeszcze jedno nasze spotkanie. Jednak w muzycznej poraz pierwszy wyparował z klasy nie zwracając na mnie uwagi, nie zatrzymując się przed drzwiami, nie mówiąc mi cześć, nie usmiechając się, po prostu najzwyczajniej mnie olewając.
Pod koniec roku szkolnego zdobyłam numer gadu Anioła od Luzaka. Oczywiście nie miałam odwagi, żeby napisać, ale chciałam mieć go tak po prostu, żeby mieć. Żeby móc zobaczyć jego opis. Wiem głupie to, zwariowałam, ale nie potrafiłam sobie z tym wszystkim poradzić. Los jednak postanowił być dla mnie przychylny, bo wkrótce pojawiła się okazja, żeby zagadać......c.d.n.
Poznałam go w muzycznej. Kiedy zaczęłam drugi rok nauki na gitarze zmienił mi się termin lekcji. Byłam ostatnią uczennicą w czwartki. Przede mną lekcję miał jakiś długowłosy chłopak, w sumie nie zwracałam początkowo na niego uwagi, zauważyłam, że ma długie włosy, jest uśmiechnięty zawsze, ale nie wzbudzało to we mnie żadnych emocji. Po jakimś czasie dowiedziałam się, że jest to ten chłopak, o którym nie raz opowiadał mi moja bliska kumpela (nazwę ją Pani Dred). Chłopak, w którym kochała się od dwóch lat, do którego niegdyś zaczęła się przystawiać jej była już przyjaciółka, zabierając Pani Dred wszelkie szanse na jakiekolwiek uczucie do niej ze strony Anioła. Poza tym Pani Dred z tego co mi opowiadała, zrobiła coś co Anioła totalnie do niej zniechęciło. Nie utrzymywali ze sobą żadnego kontaktu. Nie mogłam uwierzyć, że przyjaciele potrafią zrobić coś takiego. Od tej pory kombinowałyśmy jakby tu zachęcić Anioła do rozmowy z Panią Dred, żeby mogła mu wszystko wyjaśnić, żeby może między nimi jakoś zaiskrzyło. Pomysłów miałyśmy całą masę! A to, że Pani Dred odprowadzi mnie na lekcję gitary, po czym zupełnie przypadkowo wpadnie na Anioła, a to, że na koncercie z muzycznej podejdziemy do niego po coś. No, ale za każdym razem Pani Dred w ostatniej chwili tchórzyła i nie robiłyśmy nic.
Było już ciepło, kwiecień, albo maj. Mój dobry kolega z zespołu szkolnego ( będzie Wymiataczem) zafascynował się kapeluszami jakie nosi Justin Tiberlake. Tak się złożyło, że miałam podobny w domu po moim dziadku świętej pamięci. Babcia stwierdziła, że jest to bez sensu, by tak leżał i mole go jadły, więc kazała dać mi go Wymiataczowi. Poszłam do niego jakoś godzinę przed lekcją gitary. Oczywiście był ucieszony na maxa. Postanowiliśmy, że pójdziemy, usiądziemy na Nowym Rynku i pogramy sobie na gitarze. Jak postanowiliśmy tak też zrobiliśmy. Od naszego osiedla nie było tam daleko, a tym bardziej nie było daleko do budynku szkoły muzycznej. Jednak nie było jeszcze na tyle ciepło, żeby tak sobie grać, bo po paru minutach palce kostniały. Stwierdziliśmy, że przydałaby się nam kostka. Postanowiliśmy więc iść pożyczyć ją od mojego nauczyciela od gitary (przyjmie tutaj pseudonim Król). Obydwoje dobrze go znaliśmy, bo jest starszym bratem opiekuna naszego szkolnego zespołu i wpadał czasem do nas na próby. Poszliśmy do muzycznej. Lekcję miał akurat Anioł.Wtedy okazało się, że Wymiatacz świetnie zna Anioła, bo ten w podstawówce chodził do klasy i kumplował się z jego młodszym bratem Luzakiem. Zapoznał nas ze sobą. Od tej pory mówiliśmy sobie cześć. Anioł miał piękny uśmiech, ale dalej nie myślałam o nim. Pewnego dnia totalnie mnie zszokował, bo obciął włosy! Po jakimś czasie zaprosił mnie do znajomych na słynnej naszej klasie. Nic nie wskazywało na to, a mi nigdy nie przyszło do głowy, że tak to się rozwinie.
Nadszedł czerwiec, a z nim koniec roku szkolnego. Mieliśmy ognisko kończące rok nauki w muzycznej. Najpierw były ostatnie występy uczniów, rozdanie świadectw, po czym zaczęła się zabawa. Na to ognisko oczywiście zabrałam ze sobą Panią Dred, był jej brat bliźniak Basista, Wiewióra (nasza wspólna przyjaciółka), plus znajomi z paczki, którzy również do muzycznej wówczas chodzili. Zorganizowano mecz w piłkę nożną, młodsi uczniowie z rodzicami i nauczycielami, kontra starsi uczniowie. Pan Król jednak zsolidaryzował się z nami i doszedł do naszej drużyny. Wygłupialiśmy się na maxa, było tak świetnie. Wróciłam cała brudna, z uzielenionymi spodniami. Pani Dred nawiązała kontakt z przyjacielem Anioła, by móc się czegoś dowiedzieć więcej o nim. Dzień później odbyła się premiera Pieśni Jerozolimskich. Mimo dni miasta, koncertu Kasi Kowalskiej i Danzela, na premierze pojawiło się ponad 500 osób! Mój rok szkolny zakończył się więc wielkim sukcesem.
Parę dni po tych wydarzeniach, wchodząc na naszą klasę zobaczyłam, że mam w skrzynce wiadomość od Anioła. Pochwalił moje zdjęcia, zapytał czy może zapisać sobie mój numer gadu. No i tak jakoś nawiązała się między nami rozmowa. Początkowo mówiłam o wszystkim Pani Dred. Nic przecież się takiego nie działo, a jakby się dowiedziała z innych źródeł, że z nim piszę to mogłaby sobie pomyśleć o czymś czego naprawdę nie ma czyt. kręcę z Aniołem. Tymczasem z Aniołem gadaliśmy o różnych głupotach i nie głupotach. Wymyślaliśmy pomysły na rozprawienie się z Końcem Świata, rozmawialiśmy o wakacjach, szkole, o tym co tylko na myśl przyszło. No i po pewnym czasie zaczęło się ze mną dziać coś dziwnego. Zaczęłam myśleć o Aniele. Za każdym razem, kiedy siadałam do laptopa z niecierpliwością wchodziłam na naszą klasę, żeby sprawdzić czy przypadkiem nie ma tam wiadomości od niego, czy odpisał i żeby sama błyskawicznie odpisać. I kiedy we wrześniu zobaczyłam go na pierwszej lekcji gitary serce zaczęło walić mi jak młotem. Gdy spojrzałam na niego, na jego piękny, szczery, szeroki usmiech, kiedy powiedział mi cześć, stanął przed klasą i wskazując mi wejście stał tam dopóki ja nie weszłam.... zrozumiałam, że zauroczył mnie. Zrobiło mi się głupio. Po pierwsze, jak ja mam to powiedzieć Pani Dred? Po drugie, przeciez ja z nim tylko pisałam, nie spotkałam się z nim nigdy, nie wyszlismy nigdzie razem, to przecież głupie... Postanowiłam, że nie powiem o tym Pani Dred, zauroczenie pewnie mi minie po jakimś czasie jak to zwyke bywało, a po co mam psuć nasze relacje.
Jednak zauroczenie nie minęło. Mimo iż kontakt z Aniołem nam się urwał, gadalismy tylko tyle co "cześć" mijając się w muzycznej, ja coraz bardziej się wkręcałam. Może uwiodła mnie właśnie chęć poznania go bliżej. Anioł był taki nieodgadniony, kiedy rozmawiałam z nim w wakacje, wydawał mi się być taki inny niż wszyscy, bardzo podobny do mnie, taki jakby męski odpowiednik mnie. Doskonale mnie rozumiał, miał indywidualne podejście do życia, mówił swoim językiem. Pierwszy raz spotkałam taką osobę! Jednak kiedy zapytałam go czy pójdzie z nami na koncert Jelonka odpowiedział, że zobaczy i da znać. Nie dał znać, nie poszedł z nami. Nie odpisał na życzenia świąteczne. Byłam załamana. Tak bardzo chciałam utrzymać z nim kontakt a tymczasem wszystko się waliło.
Kolejne rozczarowanie przyszło w styczniu. Miałam nadzieję, że na styczniowym koncercie kolęd z muzycznej, będę mogła do niego zagadać. Okazało się, że koncert pokrywał się z jasełkami w mojej szkole (najważniejszej imprezie w ciągu roku, organizowanej na skalę miasta). Musiałam zrezygnować z koncertu, bo gdy w ubiegłym roku wydarzyło się podobnie, poświęciłam jasełka.
Rozczarowanie jednak nie trwało długo. Najzwyczajniej w świecie los mi sprzyjał. Koncert został przesunięty o tydzień później. Mało tego, dowiedziałam się, że będę grała w zespole z Aniołem! Jak się domyślacie, byłam w siódmym niebie. Nie dość, że zobaczę Anioła w dniu koncertu, to jeszcze i na wspólnej próbie.
Podczas próby siedziałam na przeciwko Anioła. Jak to ja, często śmieję się bez powodu, albo załapuję żart, który ktoś mi opowiedział pare godzin temu i ni stąd ni zowoąd wybucham. W pewnym momencie Anioł przestał grać i powiedział, że nie może siedzieć na przeciwko mnie, bo mam zbyt zaraźliwy uśmiech. Po próbie zagadaliśmy się i nie zauważyliśmy, że tylko my wyszliśmy na korytarz, podczas gdy reszta jeszcze pakowała się w klasie. Zaczęliśmy oglądać zdjęcia, nabijać się z tego jak na nich wyszliśmy. Potem razem z Aniołem i panem Królem wracałam do domu. Na koncercie również trochę pogadaliśmy. Miałam wtedy urodziny, powiedział, że musi wymyślić jakieś oryginalne życzenia (wymyślił, życzył, żebym nie musiała nigdy nosić ławek tak jak on, kiedy robił to po koncercie). Do tego dzień przed, razem z koleżanką wygrałyśmy konkurs kolęd śpiewając "Uciekali" z musicalu Metro. No wszystko było takie piękne!
Jednak już od następnego dnia z Aniołem znowu nie mieliśmy kontaktu. Potem był czas kiedy długo go nie widziałam, a to ja odwołałam lekcję, a to on, a to pana Króla nie było. Liczyłam, nie widzieliśmy się 42 dni. No i w którąś środę pod koniec marca odbywały się Targi Edukacyjne. Poszłam na nie jako reprezentacja naszego liceum. Rozdawałam ołówki z adresem strony internetowej naszej szkoły. Podszedł do mnie kolega z ekipy Werter (tyle się wycierpiał w sprawach sercowych, więc wydaje mi się, że bohater "Cierpień młodego Wertera", pomijając samobójstwo, jest mu bliski). Tak sobie rozmawialiśmy, gdy nagle zauważyłam przyjaciela Anioła. Podeszliśmy do niego i kontynuowaliśmy rozmowę już we trójkę. Ale moja głowa zaczęła chodzić w różnych kierunkach wypatrując Anioła. I nagle trach! Zobaczyłam go, tzn. tak mi się wydawało, że to on. Długo nie wytrzymała i wskazałam go jego przyjacielowi pytając, czy to przypadkiem nie Anioł. Mój wzrok i wyczucie okazało się niezawodne w tym przypadku. Podeszliśmy do niego. Anioł przywitał się z nami, dałam mu ołówek. Ale po chwili jakby mnie olał. Odwrócił się, podeszły do niego jakieś dziewczyny zaczęły się zapoznawać, zrobiło mi się smutno, wycofałam się wracając do swojego stoiska. Następnego dnia od razu po lekcjach razem z moją przyjaciółką (jak się okazało, najwierniejszą i najprawdziwszą ze wszystkich, które niby nimi były) Pietruszką, poszłyśmy do hurtowni po zakup balonów, talerzyków, czapeczek urodzinowych itp. (bo przygotowywaliśmy z zespołem imprezę niespodziankę z okazji urodzin naszego opiekuna). Zapomniałam o tym, że przyjaciel Anioła mieszka na tej samej ulicy, gdzie znajduje się hurtownia. No i zamurowało mnie, kiedy tak wysmętniając się Pietruszce o swoim uczuciu, zobaczyłam idącego ku nam z naprzeciwka Anioła ze swoim przyjacielem. Minęliśmy się, powiedział mi "Dzień dobry" ja mu "cześć" i tyle.
Jeszcze tego samego dnia miałam lekcję gitary więc miało miejsce jeszcze jedno nasze spotkanie. Jednak w muzycznej poraz pierwszy wyparował z klasy nie zwracając na mnie uwagi, nie zatrzymując się przed drzwiami, nie mówiąc mi cześć, nie usmiechając się, po prostu najzwyczajniej mnie olewając.
Pod koniec roku szkolnego zdobyłam numer gadu Anioła od Luzaka. Oczywiście nie miałam odwagi, żeby napisać, ale chciałam mieć go tak po prostu, żeby mieć. Żeby móc zobaczyć jego opis. Wiem głupie to, zwariowałam, ale nie potrafiłam sobie z tym wszystkim poradzić. Los jednak postanowił być dla mnie przychylny, bo wkrótce pojawiła się okazja, żeby zagadać......c.d.n.
środa, 6 października 2010
Dzień Dobry Cześć
Od jakiegoś czasu chciałam zacząć pisać bloga, ale to tu to tam coś, nie mogłam się ogarnąć. Musiało mi wystarczyć do tej pory tylko zeszyt i pióro. I nie odłoże ich! Jednak pomyslałam, że pisząc o swoich doświadczeniach, przygodach, przemyśleniach, może dzięki nim ktoś inny znajdzie odpowiedź na pytanie "Co mam zrobić?". Skorzystam z okazji, bo jestem chora, mam tydzień zwolnienia i mnóstwo wolnego czasu. W końcu założę swojego bloga, a najtrudniej zacząć;)
Ale od początku. Jestem Marta, chodzę do katolickiego liceum, do drugiej klasy o profilu matematyczno fizycznym (chociaż za fizyką ani nie przepadam, ani jej nie rozumiem). Sama nie wiem dlaczego wybrałam ten profil... Lubię matematykę, chociaż jakimś orłem z niej też nie jestem. Najbardziej interesuję się muzyką. Śpiewam, gram na gitarze - muzyka jest dla mnie lekiem na wszystko. Chciałabym w przyszłości studiować na Akademii Muzycznej. Nie ważne kim w przyszłości zostanę i ile będę zarabiać, chciałabym tylko, żeby mój zawód był związany z muzyką. Wiem, dużo osób powtarza mi, że nie wiem co mówię, że marnuję czas, który mogłabym bardziej poświęcić na naukę np. biologii i iść na studia medyczne, albo na naukę WOSu, Historii po czym pójść na prawo... Ale ja już postanowiłam. Chcę być osobą spełnioną, szczęśliwą, a wiem, że szczęście przyniesie mi wiara, muzyka, miłość, rodzina i przyjaciele.
Wierzę w Boga, wierzę w Jego potęgę, w Jego miłość do człowieka. Sama widzę ile dobra uczynił, ile pięknych rzeczy stworzył. Więc jak tu nie wierzyć?! Kocham góry, długie wędrówki, piękne krajobrazy dokoła. Kocham życie!!! Naprawdę kocham życie! Staram się zawsze podchodzić do niego optymistycznie, czasem może nierealnie, ale optymistycznie!
Do pewnego czasu toczyło się ono dla mnie zupełnie kolorowo, bezproblemowo, ciągłe występy to tu to tam, wariactwa z przyjaciółmi, szkoła, dom, muzyczna, spontaniczne decyzje, coś wspaniałego! Zaangażowałam się w projekt, w którym do tej pory jestem, oratorium napisane przez mojego kolegę i kleryka, który był na praktykach u nas w szkole dwa lata temu. I wszystko się jakoś toczyło do września ubiegłego roku.
Zakochałam się...
Ale od początku. Jestem Marta, chodzę do katolickiego liceum, do drugiej klasy o profilu matematyczno fizycznym (chociaż za fizyką ani nie przepadam, ani jej nie rozumiem). Sama nie wiem dlaczego wybrałam ten profil... Lubię matematykę, chociaż jakimś orłem z niej też nie jestem. Najbardziej interesuję się muzyką. Śpiewam, gram na gitarze - muzyka jest dla mnie lekiem na wszystko. Chciałabym w przyszłości studiować na Akademii Muzycznej. Nie ważne kim w przyszłości zostanę i ile będę zarabiać, chciałabym tylko, żeby mój zawód był związany z muzyką. Wiem, dużo osób powtarza mi, że nie wiem co mówię, że marnuję czas, który mogłabym bardziej poświęcić na naukę np. biologii i iść na studia medyczne, albo na naukę WOSu, Historii po czym pójść na prawo... Ale ja już postanowiłam. Chcę być osobą spełnioną, szczęśliwą, a wiem, że szczęście przyniesie mi wiara, muzyka, miłość, rodzina i przyjaciele.
Wierzę w Boga, wierzę w Jego potęgę, w Jego miłość do człowieka. Sama widzę ile dobra uczynił, ile pięknych rzeczy stworzył. Więc jak tu nie wierzyć?! Kocham góry, długie wędrówki, piękne krajobrazy dokoła. Kocham życie!!! Naprawdę kocham życie! Staram się zawsze podchodzić do niego optymistycznie, czasem może nierealnie, ale optymistycznie!
Do pewnego czasu toczyło się ono dla mnie zupełnie kolorowo, bezproblemowo, ciągłe występy to tu to tam, wariactwa z przyjaciółmi, szkoła, dom, muzyczna, spontaniczne decyzje, coś wspaniałego! Zaangażowałam się w projekt, w którym do tej pory jestem, oratorium napisane przez mojego kolegę i kleryka, który był na praktykach u nas w szkole dwa lata temu. I wszystko się jakoś toczyło do września ubiegłego roku.
Zakochałam się...
Subskrybuj:
Posty (Atom)

