... czyli zakochania ciąg dalszy... tak, nadal mi to nie przeszło, nadal mam przed oczyma Anioła stojącego opartego o mur, wpatrującego się we mnie z uśmiechem... czy to ja sprawiłam mu swoim widokiem radość? Czy tak po prostu chciał być miły? Jak jest naprawdę? Czy chociaż mnie lubi? Pomocy! To jest chyba jedyna kwestia, w której nawet Goodlandia zawodzi... tzn. często leżąc sobie na łóżku i popadając w stan rozmyślania, zakładam sobie różne szczęśliwe zakończenia tej sytuacji, że np. Aniołowi też na mnie zależy, ale jest zbyt nieśmiały, żeby coś z tym zrobić, dlatego ja muszę przejąć inicjatywę i to zrobię... to założenie trwa do momentu kiedy zobaczę, że jest dostępny na gadu, albo kiedy jestem na mieście podczas gdy on ma właśnie lekcję gitary albo właśnie ją skończył i wraca, bądź dopiero na nią idzie... serce niesamowicie szybko zaczyna bić, a w brzuchu czuję miliony małych, latających motylków... wtedy dociera do mnie, że nie mam w sobie dość odwagi, żeby mu powiedzieć o tym co czuję, zaproponować chociażby głupi spacer, boję się odrzucenia, nie chcę być odrzucona!
Tak, to jest bardzo głupie podejście, bo tak jak mówi Pietruszka, nic nie stracę, a mogę zyskać wiele. Jednak czy aby na pewno nic nie stracę? Dla mnie każda rozmowa z Aniołem jest na wagę złota, cieszę się nawet gdy nasza rozmowa równocześnie się zaczyna jak i kończy, kiedy trwa tylko parę sekund... a jeśli okazałoby się, że Anioł nie odwzajemnia moich uczuć? Jeśli wtedy przestał by się do mnie odzywać, zaczął mnie unikać? To byłby dla mnie większy koszmar, większy ból niż stan obecny.
No, ale od czasu naszego spotkania nie mieliśmy więcej kontaktu. I chyba zrobiłam straszną głupotę... W ubiegły weekend byłam w Krakowie, razem z grupą ze szkoły. Ze względu na stan zdrowia, gdy nasza grupa poszła na miasto, ja z Pietruszką zostałyśmy w pokoju. Zaczęłyśmy się wygłupiać. Do torebki po płatkach wsypałyśmy makaron i proszek z zupki chińskiej, zalałyśmy wodą mineralną, po czym postawiłyśmy na kaloryferze, co by nam się podgrzała. Jak nie trudno się domyślić, dużo się nie podgrzała, ale makaron rozmiękł. Zaczęłyśmy jeść i wtedy z mojej winy spora część naszej zupki wylała się na śpiwór Pietruszki. Kiedy wszystko wytarłyśmy weszłam na gadu w telefonie...
- O, matko... Pietruszka, jest Anioł...
- Napisz do niego!
- Nie
- Kurdę... mam ja napisać?
- No coś Ty, przecież Ci nie dam
- To napisz Ty! "Hej", tak się mówi na przywitanie, jeżeli nie wiesz co napisać.
No, ale ja sobie przemyślałam. Kiedyś zagadałam w sposób dość dziwny "Ale dzisiaj padało", rozmowa nam się pociągła baaardzo dłuuugo, więc może teraz też by coś takiego zadziałało!
Napisałam: "Się rozlało!xD". Anioł długo nie odpisywał, więc po paru minutach dopisałam: "Sorry, to miało być 'hej';D". Nie odpisał. Do tej pory pluję sobie w twarz, co mnie pokusiło? Nie mogłam napisać normalnie, jak cywilizowany człowiek "hej", "cześć", "siema" albo cokolwiek innego? Anioł do tej pory się nie odezwał. Mimo, iż prawie codziennie jest choć przez chwilę na gg. No cóż, może pomyślał, że się z niego nabijam? A może po prostu stwierdził, że nie jestem zdrowa na umyśle (nie zdziwiłabym się)? Ewentualnie, najmniej prawdopodobne rozwiązanie, ale najbardziej przeze mnie porządane, moje wiadomości do niego nie doszły.
Mając tą świadomość, że sama nic nie zrobię w kierunku rozwinięcia naszej znajomości, pozostaje mi chyba tylko czekać na to co czas przyniesie...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz