czwartek, 5 grudnia 2013

a niech mnie!

  O matko, o matko.... Jakie to jest straszne, udzielać komuś "porad sercowych" w momencie, kiedy samemu jest się usidlonym przez uczucia. Kiedy samemu nie wie się co zrobić, a w zasadzie to wie się co się zrobić powinno ( "walcz! nie poddawaj się! co Ci szkodzi? lepiej żałować, że się coś zrobiło, niż, że się czegoś nie zrobiło!") - tak, jakoś dziwnie dzisiaj "sięsiuję", przepraszam - ale wszystko nas przed tym powstrzymuje. Albo jeszcze inaczej. Jest to tak beznadziejna sytuacja, że rozsądek każe jak najszybciej o tym zapomnieć. Może nie każe, a prosi... hmm... błaga?

  Zakochać się w nauczycielu... jejku, jakie to żałosne! Całe życie śmiałam się z koleżanek, które najpierw w podstawówce wzdychały do przystojnego pana od W-Fu, w gimnazjum do atrakcyjnego pana od informatyki, a w liceum do wysokiego "ciasteczka" jakim był pan od angielskiego. Zawsze to było dla mnie takie... dziwne. W tej chwili jestem na drugim roku studiów i chyba odzywają się we mnie niespełnione powinności z dzieciństwa, bo zauroczyłam się. 

  Tak, zauroczyłam się. W nikim innym jak we własnym wykładowcy (w kameralnym gronie nazywanym przez nas Szefciem). I wiecie co? Imponuje mi. Swoją wiedzą, swoimi przemyśleniami, swoim podejściem do studentów, poczuciem humoru. No i, cóż, muszę przyznać, że ma niesamowicie uroczy uśmiech. Bardzo lubię kiedy się uśmiecha. Nie wiem sama od czego i kiedy się to zaczęło. Jedna z koleżanek, Królowa Sucharów (dosłownie! kim jest - o tym za chwilę) uświadomiła mi, że coś musi być na rzeczy, kiedy twardo stanęłam w jego obronie, podczas gdy ona ogłaszała wszystkim jak bardzo go nie lubi. Kiedy do jego zajęć zaczęłam się przykładać, jak do żadnych innych. I to nie ważne, że w rezultacie (mimo bycia przygotowaną) zamiast zabłysnąć jakimś mądrym stwierdzeniem, spostrzeżeniem, zawsze palnę coś głupiego, z czego cała grupa się śmieje. Nazywając rzeczy po imieniu - wychodzę na idiotkę. Ech... Z niecierpliwością wyczekuję kolejnych zajęć. Szefcio często pojawia się w moich myślach.

  Królowa Sucharów (moja dobra, a do tego ruda, koleżanka ze studiów) mówi, żebym napisała do niego maila, zaproponowała jakieś spotkanie, że niczego nie tracę, że on jest TYLKO doktorantem, nie jest ode mnie dużo starszy, a zajęcia, które prowadzi to TYLKO fakultet, który musi prowadzić w ramach praktyk. Nie-Ruda (moja druga, dobra koleżanka ze studiów, której wszyscy zarzucają, że jest ruda, a wcale nie jest) konsekwentnie przypomina mi o tym, że żaden z argumentów Królowej Sucharów niczego nie zmienia, że bez względu na wszystko to nadal jest mój wykładowca, nadal są pewne zasady i granice, które wytyczają co jest dozwolone, a co nie w relacji student-wykładowca. No i ma rację. ..

 Po pierwsze, te zajęcia to jego pierwsze kroki na drodze do "uniwersyteckiej kariery". To zrozumiałe, że na pewno chce zacząć jak najlepiej. Bez zbędnych problemów i skandali. Zapewne bez względu na wszystko, na tym etapie nie będzie chciał się spoufalać ze studentami. Po drugie, ja tez muszę chodzić na zajęcia i jakoś zaliczyć ten przedmiot w sesji. Jest za późno, żeby się teraz wypisać. A wiem, że jeżeli dostałabym odpowiedź typu "miło mi, że mnie lubisz, ale  nie mogę przyjąć zaproszenia"  (a zapewne taką bym dostałą), byłoby mi tak strasznie głupio i wstyd, że nie potrafiłabym już się pokazać na zajęciach, a co gorsza, spojrzeć Szefciowi w oczy.

Własnie dlatego tak bardzo beznadziejna jest moja sytuacja. Jedyna dobra rzecz jaką mogę w tej chwili zrobić to jak najszybciej się opamiętać...

sobota, 10 marca 2012

"Mężczyźni to nie zwierzęta, chociaż czasem nimi są...

... Ale czasami nie.Otwierasz wrota stodoły lub drzwi szpitalnej sali, drzwi sypialni i znajdujesz faceta, który siedzi przy Tobie, kiedy masz twarz opuchniętą od płaczu i wyglądasz jak siedem nieszczęść. A on jest obok i mówi Ci, że ten którego teraz kochasz nie jest jedynym facetem na świecie, i że jeszcze się zakochasz..."

 Dla tych, które cierpią z miłości. Cytat pochodzi ze świetnego filmu, który dzisiaj obejrzałam ("Serce nie sługa" 2001), z całego serca polecam go wszystkim lubiącym komedie romantycznym oraz marzącym o zaskakującej, pięknej miłości!

poniedziałek, 20 lutego 2012

Po raz pierwszy...

 Nigdy nie obchodziłam Walentynek. Nie, żeby coś się zmieniło, ale pierwszy raz, w tym dniu zrobiłam jakiś krok, żeby pokazać osobie, na której tak bardzo mi zależy, że jest ktoś, kto o niej myśli, kto cieszy się, że ona jest.
 Nie wiem co mi odbiło, naprawdę ciężko mi ocenić co mną wtedy kierowało... Wyszłam ze szkoły. Po drodze do domu spojrzałam na okno kwiaciarni, którą mijam codziennie, od 5 lat, ale ten jeden szczegół, tego dnia rzucał się w oczy szczególnie wyraźnie... "Poczta kwiatowa"... Mała naklejka na drzwiach wejściowych, a zapoczątkowała jedną, wielką myślową walkę w mojej głowie.
 "Wyślę mu kwiatka... Nie.. porąbało mnie, chłopakowi? kwiatka?.... A co tam? To ma być symbol... Boże, głupia jestem... co mi to da?.... Zrobi mu się miło!... A może narobię mu siary?... Zrobię to! Raz kozie śmierć! Jest dla mnie zbyt ważny, on musi wiedzieć o tym, że jest gdzieś osoba, która o nim myśli i zrobiła by wszystko, żeby uśmiech z jego twarzy nie znikał..."..... Weszłam. Kupiłam tulipana i dołączyłam bilecik z napisem "Dziękuję, że jesteś". Chciałam napisać coś więcej, ale wstydziłam się tak obnażać swoje uczucia przed kwiaciarką, która pisała tekst na bileciku (co było zabezpieczeniem przed rozpoznaniem mnie po charakterze pisma). Wysłałam... Nie wyobrażacie sobie jaka byłam szczęśliwa! Mimo, iż wiedziałam, że sama nic nie dostanę, to co zrobiłam sprawiło, że czułam się tak jakby spotkało mnie coś wyjątkowego! Myślałam o tym jaka będzie jego mina, jak on się poczuje, gdy dostanie tego kwiatka...
 Wieczorem oczywiście zaczęło się dochodzenie. Jego przyjaciółka pytała się mnie o to, czy to nie ja jestem adresatką. Wyparłam się tego ( mam nadzieję, że umiejętnie). Na razie... Kiedyś się mu przyznam, ale nie teraz.
 Słuchajcie... Nie wiem ile razy w życiu jeszcze się zakocham, czy to co teraz czuję jest czymś poważnym czy tylko kolejną miłostką, która po jakimś czasie mi przejdzie, nic nie wiem co będzie dalej, czy moje uczucia zostaną odwzajemnione czy nie, ale jedno wiem. Mimo wszelakich stanów otępienia, w jakie czasem popadam, jestem szczęśliwa, a każdy gest radości, pomocy kierowany ode mnie w jego stronę sprawia, że to moje szczęście rośnie! Mówcie co chcecie, ja wiem, że nieodwzajemniona miłość też potrafi nieść radość. Warunkiem jest tylko bliskość ukochanej osoby. Przyjacielska bliskość i poczucie, że Ci ufa, że liczy się z Twoim zdanie, docenia Ciebie i to co robisz.
  Dlaczego więc skoro to wszystko docenia, nie kocha? Tego nie wiem, naprawdę nie wiem... Ale na razie nie jest to istotne, cieszę się z tego co jest obecnie;))

niedziela, 18 grudnia 2011

Nie samotność, a jednak samotność?

 Ciężko mi jest określić stan, który trzyma mnie od kilku dni... To dziwne wmawianie sobie, że jest beznadziejnie, chociaż tak naprawdę nie wiadomo jak jest i właśnie ta niepewność na czym stoję czego się mogę spodziewać, jak odbierać różne sytuacje i gesty, a równocześnie nieśmiałość oraz strach, które blokują mnie przed zrobieniem jakiegokolwiek kroku...
 Akurat tak się składa, że moi przyjaciele mają też swoje problemy dlatego kiedy skupiam się na ich smutkach jest mi łatwiej. Myślę o tym jak mam im pomóc, mam na uwadze to, że sama muszę tryskać optymizmem, żeby ich pocieszyć. To wszystko przykrywa mi moje problemy. Lecz gdy zostaję sama, sama tak totalnie, kiedy wracam do domu, wchodzę do swojego pokoju, kładę się na łóżko i zatapiam się w swoich myślach... Wtedy jest mi ciężko. Mam ochotę płakać do poduszki, płakać, płakać i jeszcze raz płakać... Cały dzień dzisiaj przeleżałam w łóżku, do tej pory czekałam, sama nie wiem na co... Warszawiak wrócił z weekendowej podróży, bez zastanowienia napisałam, ale był zmęczony, tylko tyle napisał i nasza rozmowa się skończyła...
 A wiecie co też boli? Nie wiem jak wy, ale ja mam tak, że na co dzień dźwięk otrzymanych smsów w moim telefonie się nie urywa, a w dniach kiedy tego sms'a rzeczywiście potrzebuję to otrzymuję ciszę, nędzną ciszę... nawet głupiego "co słychać?" od przyjaciółki...
  Nie wiem co chcę dalej pisać, jakoś nie potrafię się do końca skupić, plączę się w różnych wątkach... wybaczcie i  pozwólcie, że pójdę dalej w samotności kontemplować....

piątek, 2 grudnia 2011

Dziwna sprawa....

 Wierzycie w miłość od pierwszego wejrzenia? A przynajmniej w jakieś błyskawiczne zauroczenie, zafascynowanie drugą osobą... Wiem, może za dużo tego typu wątków na moim blogu, ale co ja na to poradzę, że tyle myśli w związku z tym wije się w mojej głowie.... Może to taki wiek, może jestem dziwna, a może po prostu odczuwam pewien brak, pewną tęsknotę, która domaga się zaspokojenia....
 Warszawiaka poznałam w dość nietypowych okolicznościach. Jest znajomym jednej z moich przyjaciółek, Szefowej. A właściwie przyjacielem jej młodszej siostry. W październiku miał wypadek na motocyklu. Trafił do szpitala, do miasta oddalonego od naszego o ok.40 km.
 Była jesień. Jednego z tych pięknych jesiennych dni miałam akurat jazdy na motocykl. Po ich skończeniu szkoda mi było tak po prostu wracać do domu, więc wybrałyśmy się z Szefową na przejażdżkę moim autem. Jeździłyśmy bez celu po ulicach miasta, gadałyśmy, kiedy Szefowa dostała smsa od Warszawiaka. Pisał, że strasznie mu się nudzi w tym szpitalu a zapytał czy nie przyjechała by go właśnie tego dnia odwiedzić, przywożąc mu przy okazji książki od jego brata. Szefowa wiedziała, że jakby miała jechać sama to nie dostałaby samochodu od rodziców, dlatego zgodziłam się ją tam zawieźć. Pojechałyśmy po książki, zrobiłyśmy małe zakupy spożywcze...
 W końcu po wielu przygodach na drodze dojechałyśmy na miejsce. I wtedy właśnie go poznałam, od początku zrobił na mnie wrażenie, ale ciężko było mi się do tego przyznać, bo miałam wrażenie, że jest zauroczony Szefową. Ja sama nie potrafiłam się zachowywać normalnie, czułam się jak totalna kretynka. Kiedy wyszedł ze szpitala zagadałam parę razy na fejsie pytając jak się czuje, pare razy nawet nam się rozwinęła rozmowa. Wszystko głównie schodziło do naszej wspólnej pasji jaką są motocykle. Egzamin na kategorię A zdałam tego samego dnia co jego brat Pędziwiatr na B, zmówiłam się z Pędziwiatrem, że jak zdam to wpadnę do nich do bursy i będziemy opijać. Poszłam tam razem z Szefową i w sumie byłyśmy tylko chwilę, pochwaliłam się kartą egzaminacyjną, chwilę porozmawialiśmy i tyle. A może aż tyle, bo zobaczyłam Warszawiaka, tak ładnie się uśmiechnął.
  Kolejny raz mieliśmy okazję spotkać się tydzień temu, kiedy razem z dziewczynami wracałyśmy z kina i skręciłyśmy na kawałek  do jednego z pubów. początkowo znowu byłam spięta, miałam okazję z nim pogadać, ale nie wykorzystałam jej w 100 procentach.
  Nie znam go dobrze, a mimo to trzy czwarte mojego dnia spędzam na rozmyślaniu o nim. Po tych nielicznych rozmowach z nim mam wrażenie, że jest tak bardzo nieprzeciętną osobą, wrażliwą, z wielkim sercem, a równocześnie szaloną. Nie boi się ryzyka i nie zniechęca niepowodzeniami. Dobrego nastawienia do życia też mu nie brakuje.
  Czyżby ideał?

sobota, 17 września 2011

Myśli, że jest lepszy?

  Boże... jak ja nienawidzę ludzi, którzy widzą tylko czubek swojego nosa, przyszywają sobie piękną łatkę na tle medialnym i publicznym, a w rzeczywistości wszystkich traktują jak śmieci i maszynki do wyrabiania dobrych opinii o nim, wszystko wiedzą lepiej. Jeśli się zbuntujesz, przepadłeś.
  Takie właśnie mam zdane o Panu Hilarym... Kim jest Pan Hilary? To dyrektor liceum do którego chodzę. Nie raz potraktował mnie jak zwykłego śmiecia, bo nie miałam żakietu od mundurka. Nie licząc się z tym, że czasem to jest zupełny przypadek losu. Normalnym jest to, że różne rzeczy się zdarzają, zostawię gdzieś mundurek, gdzie byłam poprzedniego dnia po szkole, albo czymś zaleję, poplamię, potem upiorę, ale nie zdąży wyschnąć.... Ludzie... gdybym notorycznie go nie nosiła! Ale raz na jakiś czas się zdarzy.... Taki "inteligenty, wykształcony, mądry i doświadczony" człowiek chyba powinien wiedzieć, że w życiu są różne sytuacje. Widocznie sama wiedza nie wystarczy, czasami trzeba się pokierować zwykłym ludzkim sercem i zrozumieniem.
  Przytoczę trzy sytuacje, które najbardziej mnie dotknęły. Pierwsza miała miejsce w ubiegłym roku, wtedy jeszcze mimo wszystko starałam się mieć szacunek do Pana Hilarego,  w tej chwili nie potrafię, choć bardzo się staram... stracił baardzo w moich oczach. Zaczynam opowieść.
  Nie pamiętam jaka była pora roku. Miałam W-F. Na przerwie przed, przebrana w strój sportowy podeszłam do pokoju nauczycielskiego, bo miałam ważną sprawę do polonistki. Poprosiłam ją, żeby do mnie wyszła. Stałyśmy na korytarzu i rozmawiałyśmy kiedy podszedł Pan Hilary. Wszedł między nas i zaczął mnie popychać do tyłu mówiąc: "Pani nie rozmawia z nią, to nie jest uczennica, nie ma mundurka". Wtedy nic nie zrobiłam, popłakałam się i wróciłam do szatni.
  W tym roku jakoś nie miałam do tej pory problemu z odpowiedzeniem mu czegoś. Czepiając się o mundurek, Pan Hilary ma czasem też taką taktykę, że zaczyna ironicznie udawać, że bez niego nie zna Twojej tożsamości, nie wie kim i z jakiej szkoły jesteś. Podchodzi i wypytuje "Skąd Ty jesteś, skąd ty jesteś?". Podszedł tak do mnie kiedy stałam z moim wychowawcą i znajomymi, więc mu odpowiedziałam z jakiej miejscowości pochodzę. A mój wychowawca jakby było mała dorzucił: "Z krowiej krainy!". Naburmuszony poszedł do gabinetu.
 Następnego dnia razem z dwoma kumplami, byłam w pracowni informatycznej u zaprzyjaźnionego nauczyciela. Rozmawialiśmy, przy okazji drukował nam karty wzoru na fizykę, kiedy wparował Pan Hilary. Ze wzrokiem seryjnego mordercy i gestem ręki, jakby chciał mnie zaraz uderzyć krzyknął: "Zejdź mi z oczu!". Zrobiłam parę kroków i stanęłam za nim. Odwrócił się i kazał mi wychodzić z klasy. Zbulwersowałam się, bo po pierwsze byłam tam pierwsza, a po drugie zeszłam mu z oczu, a to, że się odwrócił, żeby znów "na mnie patrzeć" to nie mój problem. Zapytałam o co mu chodzi, produkował się mówiąc, że ciągle mundurka nie noszę. To było śmieszne. Powiedziałam mu, że nie miałam tego i poprzedniego dnia, przyznaję się, bo zostawiłam żakiet u babci. Zbulwersowany kazał mi w to nie brnąć, bo widział mnie bez mundurka aż, uwaga: TRZY RAZY!!!;O Cóż miałam mówić, podsumowałam tylko, że musiał mnie z kimś pomylić, albo słabo widzi. Wkurzył się, wygnał mnie za drzwi. Traf chciał, że był przeciąg. Drzwi trzasnęły. Wtedy wzięłam nogi za pas, żeby znowu nie zrobił afery, że niby demonstruję swoje nerwy.
   Oprócz tego idąc korytarzem zamiast kulturalnie przeprosić stojące osoby i przejść ten popycha ludzi na ścianę, przepycha się "Z drogi, bo pan i władca idzie"... Nie raz poobcierałam sobie ręce będąc przepchnięta (zwłaszcza, że ściany w naszej szkole są posypane takimi małymi kamyczkami i są ostre).
   No cóż... kończę na ten temat, bo szkoda słów. Chciałabym jednak poprzez tego posta zauważyć, że nawet wśród pedagogów na wyższym szczeblu zdarzają się kretyni i zakały, dlatego cóż się dziwić, że zwykli nauczyciele potrafią być beznadziejni. Mając taki "wzór"....

poniedziałek, 28 marca 2011

No i co?

Zdałam egzamin na prawo jazdy;) W tym tygodniu odbiorę dokument;) Jestem taka szczęśliwa, zwłaszcza, że pierwszy egzamin oblałam za beznadziejną głupotę. Tzn. na drodze to nie jest głupota, bo może być przyczyną jakiegoś wypadku, ale będąc jedynym powodem niezdanego egzaminu zamienia się w głupotę. Nie włączyłam dwa razy pod rząd kierunkowskazów. Na początku śmiałam się z tego, całą drogę powrotną w L-ce, razem z kolegą, który też oblał. Instruktor tylko pokręcił głową, stwierdził jak zawsze, że rozstrzepaniec jestem.
 No, ale wieczorem tak mnie to jakoś przybiło, bo gdy powiedziałam mamie o negatywnym wyniku, ale opowiedziałam, że egzaminator mnie pochwalił, że dobrze jeżdżę, że życzył mi, abym na następnym egzaminie udowodniła, że był to wypadek przy pracy, ona odpowiedziała wyraźnie zmartwiona:
- Kochana, mi też to mówili, i co? Cztery razy zdawałam, nie udało się, potem się poddałam i do tej pory nie mam prawa jazdy.
Mimo moich postanowień, że nie będę się załamywać i użalać nad sobą, totalnie się rozkleiłam. Wydawało mi się, że naprawdę jestem do dupy. Zwłaszcza, że do tej pory dwie osoby, które z mojej klasy zdawały, zdały za pierwszym, popsułam statystyki klasowe. Czułam się jak taka czarna owca. Jednak w poniedziałek wszystko mi przeszło, ogarnęłam się, instruktor podjechał po kasę na następny egzamin i ustalił mi go za niecałe dwa tygodnie. W piątek wyjechałam na 5 dni na Kaszuby. Pojechałam wraz z piątką znajomych jako animatorka, głosić rekolekcje wielkopostne. Wolny czas spędzaliśmy na plaży w Dębkach, byliśmy w Sopocie, w Gdańsku... Jednym słowem odreagowałam, odpoczęłam, oderwałam się od rzeczywistości.
  Pełna nowych sił wróciłam i od czwartku zaczęłam ponownie jazdy (dokupiłam sobie 5 godzin). No i zdałam w sobotę;D
  Z jednej strony, tak bardzo się cieszyłam, że mam to już za sobą, całą drogę powrotną płakałam z radości, jednak tak się przyzwyczaiłam do jazdy w tej L-ce, że szkoda mi było kończyć kurs. No, ale wiadomo, w życiu ciągle coś się kończy, a coś innego zaczyna. W tym przypadku, nadchodzi odpowiedzialność własna za swoją jazdę. Już się nie usprawiedliwię tym, że się uczę jeździć, będę musiała myśleć za kierownicą.
  Ten czas kiedy czekam na odbiór dokumentu jest straszny... Nie jeżdżę już L-ką, a teoretycznie sama jeszcze jeździć też nie mogę. Jak na złość dzień w dzień mijam co najmniej ze trzy L-ki. I wtedy z jednej strony cieszę się, że ja już się nie muszę martwić kursem, egzaminem, ale z drugiej brakuje mi tego. Fajnie było, naprawdę. Okres z mojego życia, który na pewno będę długo i dobrze wspominać.
  Jeżeli chodzi o Anioła... To postanowienie też diabli wzięli. Po prostu nie potrafię o nim zapomnieć, a  nie mam odwagi, żeby cokolwiek zrobić, zwłaszcza, że chyba już nie jest sam. Próbowałam się zakochać w chłopaku, który interesował się mną, który jest naprawdę świetny, ale nie potrafiłam. Tzn. to nie jest tak, że nie potrafię żyć bez Anioła. Potrafię, bardzo dobrze sobie radzę, ale cały czas tak jakoś jest obecny w moim życiu.
  Chyba zaczynam za bardzo smęcić, sama nie lubię wysłuchiwać zawodzenia na temat 'ukochanego' od kogokolwiek. Wiecie na zasadzie: "zależy mi na nim, a jemu na mnie nie, buuuu...", no, ale to jest takie miejsce, gdzie teoretycznie jestem anonimowa i mogę sobie pozwolić na takie chwile rozczulenia;)