Zdałam egzamin na prawo jazdy;) W tym tygodniu odbiorę dokument;) Jestem taka szczęśliwa, zwłaszcza, że pierwszy egzamin oblałam za beznadziejną głupotę. Tzn. na drodze to nie jest głupota, bo może być przyczyną jakiegoś wypadku, ale będąc jedynym powodem niezdanego egzaminu zamienia się w głupotę. Nie włączyłam dwa razy pod rząd kierunkowskazów. Na początku śmiałam się z tego, całą drogę powrotną w L-ce, razem z kolegą, który też oblał. Instruktor tylko pokręcił głową, stwierdził jak zawsze, że rozstrzepaniec jestem.
No, ale wieczorem tak mnie to jakoś przybiło, bo gdy powiedziałam mamie o negatywnym wyniku, ale opowiedziałam, że egzaminator mnie pochwalił, że dobrze jeżdżę, że życzył mi, abym na następnym egzaminie udowodniła, że był to wypadek przy pracy, ona odpowiedziała wyraźnie zmartwiona:
- Kochana, mi też to mówili, i co? Cztery razy zdawałam, nie udało się, potem się poddałam i do tej pory nie mam prawa jazdy.
Mimo moich postanowień, że nie będę się załamywać i użalać nad sobą, totalnie się rozkleiłam. Wydawało mi się, że naprawdę jestem do dupy. Zwłaszcza, że do tej pory dwie osoby, które z mojej klasy zdawały, zdały za pierwszym, popsułam statystyki klasowe. Czułam się jak taka czarna owca. Jednak w poniedziałek wszystko mi przeszło, ogarnęłam się, instruktor podjechał po kasę na następny egzamin i ustalił mi go za niecałe dwa tygodnie. W piątek wyjechałam na 5 dni na Kaszuby. Pojechałam wraz z piątką znajomych jako animatorka, głosić rekolekcje wielkopostne. Wolny czas spędzaliśmy na plaży w Dębkach, byliśmy w Sopocie, w Gdańsku... Jednym słowem odreagowałam, odpoczęłam, oderwałam się od rzeczywistości.
Pełna nowych sił wróciłam i od czwartku zaczęłam ponownie jazdy (dokupiłam sobie 5 godzin). No i zdałam w sobotę;D
Z jednej strony, tak bardzo się cieszyłam, że mam to już za sobą, całą drogę powrotną płakałam z radości, jednak tak się przyzwyczaiłam do jazdy w tej L-ce, że szkoda mi było kończyć kurs. No, ale wiadomo, w życiu ciągle coś się kończy, a coś innego zaczyna. W tym przypadku, nadchodzi odpowiedzialność własna za swoją jazdę. Już się nie usprawiedliwię tym, że się uczę jeździć, będę musiała myśleć za kierownicą.
Ten czas kiedy czekam na odbiór dokumentu jest straszny... Nie jeżdżę już L-ką, a teoretycznie sama jeszcze jeździć też nie mogę. Jak na złość dzień w dzień mijam co najmniej ze trzy L-ki. I wtedy z jednej strony cieszę się, że ja już się nie muszę martwić kursem, egzaminem, ale z drugiej brakuje mi tego. Fajnie było, naprawdę. Okres z mojego życia, który na pewno będę długo i dobrze wspominać.
Jeżeli chodzi o Anioła... To postanowienie też diabli wzięli. Po prostu nie potrafię o nim zapomnieć, a nie mam odwagi, żeby cokolwiek zrobić, zwłaszcza, że chyba już nie jest sam. Próbowałam się zakochać w chłopaku, który interesował się mną, który jest naprawdę świetny, ale nie potrafiłam. Tzn. to nie jest tak, że nie potrafię żyć bez Anioła. Potrafię, bardzo dobrze sobie radzę, ale cały czas tak jakoś jest obecny w moim życiu.
Chyba zaczynam za bardzo smęcić, sama nie lubię wysłuchiwać zawodzenia na temat 'ukochanego' od kogokolwiek. Wiecie na zasadzie: "zależy mi na nim, a jemu na mnie nie, buuuu...", no, ale to jest takie miejsce, gdzie teoretycznie jestem anonimowa i mogę sobie pozwolić na takie chwile rozczulenia;)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz